To były piękne Święta.
Nosa poza Tobbianę nie wyściubiłam, a nasyciłam się wyjątkową atmosferą.
Nie spodziewajcie się nowych dekoracji, czy to na zewnątrz domu, czy w jego wnętrzu.
Nic dziwnego, jeśli w czwartek przyjechała ostatnia część biblioteki i gnaliśmy z jakimkolwiek ułożeniem książek, by nie świętować wśród kartonów.
Z blibioteką to była ciekawa historia, gdyż najpierw zamierzaliśmy zrobić taką na zamówienie, ale cena 9 tysięcy euro za najprostszy system półek zwaliła nas z nóg i zaczęliśmy szperać po portalach z używanymi rzeczami. Znaleźliśmy trzy różne zestawy półek, z których jeden miał wielkie problemy z dotarciem do Tobbiany.
Rzutem na taśmę powstało długo oczekiwane miejsce w domu.
Niestety, półek ciągle za mało, ale przynajmniej wszystkie książki są w jednym rzędzie, a nie w trzech, jak to było w San Pantaleo.
Stare fotele (wcale nie były do kompletu każdy miał inne drewno) zyskały białe ramy, by stworzyć kompozycję wraz z zupełnie współczesną lampą. Jeszcze tylko reflektorki trzeba schować tuż przy ścianie, by nie psuły widoku, a oświetlały wnętrze i będę uważać bibliotekę za urządzoną.
Szperactwo po internecie uratowało nas i w innych pomieszczeniach. Od lat zbieraliśmy meble, które miały zostać ustawione na wyremontowanej plebanii San Pantaleo, a w końcu zapełniły zupełnie puste przestrzenie głównego poziomu mieszkalnego Tobbiany.
Najbardziej powalającym pomieszczeniem jest jadalnia - olbrzymia sala z kasetonowym sufitem. Trudno było ją zagospodarować z niewielką liczbą dobytku, dopiero powieszenie obrazów znacznie ociepliło jej charakter.
Szopkę ułożyłam na jedynym meblu, który tutaj został, czyli na sekretarzyku wzorowanym na renesansowych meblach. Idealnie nadał się do stworzenia wielopoziomowej kompozycji.
Jadalnię od wejścia do domu oddziela ścianka, na której ustawiony jest sekretarzyk, z obrazem, który być może ustąpi miejsca prezentowi namalowanemu przeze mnie dla pryncypała.
Na razie wisi obraz z Chrystusem, a że parafia jest pod wezwaniem Michała Archanioła, w przyśpieszonym tempie, wykorzytując każdą chwilę nieobecności proboszcza, przygotowałam swobodną wersję z obrazów Guariento di Arpo.
Wszystkie dekoracje znacie z poprzednich lat, czy to zestaw kawowy, czy to wełnianą choinkę ustawioną w starym, drewnianym skopku.
Miałam chociaż ambicję zrobić nowe świece, do których przyszykowałam nawet elementy, ale nie wyrobiłam się. Wykorzystałam stary pomysł, przypomniany mi ostatnio przez Joannę, czyli tealighty w jabłkach.
Na zewnątrz zawiesiliśmy girlandę z wiklinowych kul, które bardzo spodobały się parafiankom, już mi się podmawiają o jakieś warsztaty. Niech no tylko urządzę pracownię, to się pomyśli. Pod domem stanął żłóbek zmontowany przez panów z parafii, brakowało tylko aniołka, więc szybko sięgnęłam do swoich zapasów, pomalowałam na biało, by pasował do pozostałych figurek.
Drugi mój anioł stanął przy figurce Gesù Bambino, w tym roku ułożonej na prawdziwym chlebie, tuż pod ołtarzem. Pomagałam w dekorowaniu kościoła, więc podrzuciłam też swoją starą łopatę do ziarna, z wysypanym na niej zbożem. Jak się pewnie domyślacie, a niektórzy pamiętają, drugim aniołem jest świeca.
Bardzo spodobał mi się tutejszy zwyczaj spotkania po pasterce. Zaraz obok kościoła jest duże oratorium, gdzie wraz jedną parafianką przygotowałyśmy poczęstunek oraz następny żłóbek. Prezentowano tam też trzy nagrody dla biorących udział w świątecznej loterii. Na ten cel ofiarowałam dużą świecę w postaci domku z piasku morskiego. Była trzecią nagrodą. Drugą była rzeźba konia, bardzo udana, autorstwa mi nieznanego. Pierwszą był typowy świąteczny kosz ze smakołykami.
Do poczęstunku przyłożyłam się pierniczkami pieczonymi na dwa dni przed Świętami. Myślałam, że zostanie mi dużo, bo tubylcy są dosyć zachowawczy, jeśli chodzi o nowe smaki. Jakże miło mi było, że pakowali po kilka w serwetki, żeby zanieść innym do posmakowania, że panie prosiły o przepis. Dam, z chęcią, tylko niech go przetłumaczę.
W samo Boże Narodzenie mieliśmy gości, na słodkim podwieczorku, a i następnego dnia nie zabrakło nam towarzystwa. Najpierw obiad z jednym gościem, a potem ruszyliśmy z mieszkańcami po wsi. Prowadził nas ragtime band, albo może taki Nowy Orlean?
Imprezę zorganizowało tutejsze Pro Loco, czyli stowarzyszenie działające na rzecz miejsca, w tym przypadku Tobbiany.
Ależ było wesoło! Muzykowanie zaczęło się na placu przy barze i potem wiodło przez urocze uliczki Tobbiany na plac pod kościołem.
Po drodze dołączali się mieszkańcy, więc na końcu była nas już spora grupa, na którą w oratorium czekał poczęstunek.
Nie dość, że wzbogaciłam kontakty towarzyskie, to w końcu choć trochę przyjrzałam się miejscom widzianym dotąd tylko na procesji podczas wprowadzenia Krzysztofa do Tobbiany.
Już się zapowiedziałam kobietom, że będę spacerować po wsi i ją fotografować. Nic im na razie nie wspominałam o blogu, bo stopniuję im informacje :)
Poza tym dużo pań i panów nie ma bladego pojęcia o internecie, więc na razie oględnie im powiedziałam, że robię zdjęcia dla przyjaciół. A czyż nie jesteście moimi przyjaciółmi, Drodzy Czytelnicy?






