środa, 28 grudnia 2016

ŚWIĘTOWANIE W TOBBIANIE

Dzisiaj proponuję nietypową muzykę, jak na temat artykułu, wszystko wyjaśni się pod koniec. Wybaczcie, że na razie nie rozwijam "i.." z niedawnego artykułu, ale skoro jesteśmy w oktawie Bożego Narodzenia, wolę zachować aktualność wpisu.

To były piękne Święta.
Nosa poza Tobbianę nie wyściubiłam, a nasyciłam się wyjątkową atmosferą.
Nie spodziewajcie się nowych dekoracji, czy to na zewnątrz domu, czy w jego wnętrzu.
Nic dziwnego, jeśli w czwartek przyjechała ostatnia część biblioteki i gnaliśmy z jakimkolwiek ułożeniem książek, by nie świętować wśród kartonów.
Z blibioteką to była ciekawa historia, gdyż najpierw zamierzaliśmy zrobić taką na zamówienie, ale cena 9 tysięcy euro za najprostszy system półek zwaliła nas z nóg i zaczęliśmy szperać po portalach z używanymi rzeczami. Znaleźliśmy trzy różne zestawy półek, z których jeden miał wielkie problemy z dotarciem do Tobbiany.
Rzutem na taśmę powstało długo oczekiwane miejsce w domu.
Niestety, półek ciągle za mało, ale przynajmniej wszystkie książki są w jednym rzędzie, a nie w trzech, jak to było w San Pantaleo.
Stare fotele (wcale nie były do kompletu każdy miał inne drewno) zyskały białe ramy, by stworzyć kompozycję wraz z zupełnie współczesną lampą. Jeszcze tylko reflektorki trzeba schować tuż przy ścianie, by nie psuły widoku, a oświetlały wnętrze i będę uważać bibliotekę za urządzoną.

Szperactwo po internecie uratowało nas i w innych pomieszczeniach. Od lat zbieraliśmy meble, które miały zostać ustawione na wyremontowanej plebanii San Pantaleo, a w końcu zapełniły zupełnie puste przestrzenie głównego poziomu mieszkalnego Tobbiany.
Najbardziej powalającym pomieszczeniem jest jadalnia - olbrzymia sala z kasetonowym sufitem. Trudno było ją zagospodarować z niewielką liczbą dobytku, dopiero powieszenie obrazów znacznie  ociepliło jej charakter.
Szopkę ułożyłam na jedynym meblu, który tutaj został, czyli na sekretarzyku wzorowanym na renesansowych meblach. Idealnie nadał się do stworzenia wielopoziomowej kompozycji.

Jadalnię od wejścia do domu oddziela ścianka, na której ustawiony jest sekretarzyk, z obrazem, który być może ustąpi miejsca prezentowi namalowanemu przeze mnie dla pryncypała.
Na razie wisi obraz z Chrystusem, a że parafia jest pod wezwaniem Michała Archanioła, w przyśpieszonym tempie, wykorzytując każdą chwilę nieobecności proboszcza, przygotowałam swobodną wersję z obrazów Guariento di Arpo.

Wszystkie dekoracje znacie z poprzednich lat, czy to zestaw kawowy, czy to wełnianą choinkę ustawioną w starym, drewnianym skopku.
Miałam chociaż ambicję zrobić nowe świece, do których przyszykowałam nawet elementy, ale nie wyrobiłam się. Wykorzystałam stary pomysł, przypomniany mi ostatnio przez Joannę, czyli tealighty w jabłkach.

Na zewnątrz zawiesiliśmy girlandę z wiklinowych kul, które bardzo spodobały się parafiankom, już mi się podmawiają o jakieś warsztaty. Niech no tylko urządzę pracownię, to się pomyśli. Pod domem stanął żłóbek zmontowany przez panów z parafii, brakowało tylko aniołka, więc szybko sięgnęłam do swoich zapasów, pomalowałam na biało, by pasował do pozostałych figurek.

Drugi mój anioł stanął przy figurce Gesù Bambino, w tym roku ułożonej na prawdziwym chlebie, tuż pod ołtarzem. Pomagałam w dekorowaniu kościoła, więc podrzuciłam też swoją starą łopatę do ziarna, z wysypanym na niej zbożem. Jak się pewnie domyślacie, a niektórzy pamiętają, drugim aniołem jest świeca.

Bardzo spodobał mi się tutejszy zwyczaj spotkania po pasterce. Zaraz obok kościoła jest duże oratorium, gdzie wraz jedną parafianką przygotowałyśmy poczęstunek oraz następny żłóbek. Prezentowano tam też trzy nagrody dla biorących udział w świątecznej loterii. Na ten cel ofiarowałam dużą świecę w postaci domku z piasku morskiego. Była trzecią nagrodą. Drugą była rzeźba konia, bardzo udana, autorstwa mi nieznanego. Pierwszą był typowy świąteczny kosz ze smakołykami.
Do poczęstunku przyłożyłam się pierniczkami pieczonymi na dwa dni przed Świętami. Myślałam, że zostanie mi dużo, bo tubylcy są dosyć zachowawczy, jeśli chodzi o nowe smaki. Jakże miło mi było, że pakowali po kilka w serwetki, żeby zanieść innym do posmakowania, że panie prosiły o przepis. Dam, z chęcią, tylko niech go przetłumaczę.
W samo Boże Narodzenie mieliśmy gości, na słodkim podwieczorku, a i następnego dnia nie zabrakło nam towarzystwa. Najpierw obiad z jednym gościem, a potem ruszyliśmy z mieszkańcami po wsi. Prowadził nas ragtime band, albo może taki Nowy Orlean?
Imprezę zorganizowało tutejsze Pro Loco, czyli stowarzyszenie działające na rzecz miejsca, w tym przypadku Tobbiany.
Ależ było wesoło! Muzykowanie zaczęło się na placu przy barze i potem wiodło przez urocze uliczki Tobbiany na plac pod kościołem.





















































Po drodze dołączali się mieszkańcy, więc na końcu była nas już spora grupa, na którą w oratorium czekał poczęstunek.
Nie dość, że wzbogaciłam kontakty towarzyskie, to w końcu choć trochę przyjrzałam się miejscom widzianym dotąd tylko na procesji podczas wprowadzenia Krzysztofa do Tobbiany.












Już się zapowiedziałam kobietom, że będę spacerować po wsi i ją fotografować. Nic im na razie nie wspominałam o blogu, bo stopniuję im informacje :)
Poza tym dużo pań i panów nie ma bladego pojęcia o internecie, więc na razie oględnie im powiedziałam, że robię zdjęcia dla przyjaciół. A czyż nie jesteście moimi przyjaciółmi, Drodzy Czytelnicy?

26 komentarzy:

  1. Ale tam jest fajnie!!! I chociaż uwielbiam Montagnanę, to ta Tobbiana zaczyna w szybkim tempie zjednywać moją wielką sympatię.
    I bardzo się cieszę, że koniec roku jest dla Was takim dobrym podsumowaniem wielu lat pracy, budowania kontaktów, zawierania przyjaźni. Ten zespół ragtime'owy jest w całej tej historii jak świetne zakończenie pierwszej części uroczego filmu. Kocham świetnie opowiedziane historie! :). I czekam, oczywiście, na następne części :).
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana! Zobaczysz na własne oczy, nie w tym, to w następnym roku :) Masz rację, historia zaczyna się nieźle :)

      Usuń
  2. Bardzo pięknie tam u Was.Rozumiem co znaczą kartony i brak półek.Przeniosłam się do Mikoszewa, maleńkiego po Gdańsku.Od miesięcy remont, porządkowanie i rozpakowywanie. Podglądają mnie miejscowi ludzie,panie w sklepie i leśne zwierzątka.Do tego zmogła mnie grypa i moje święta były bardzo łóżkowe z wiankiem chusteczek i butelkami syropów.Choroba nadal trzyma mnie w łóżku i czytam Toskanię, nadrabiam zaległości zaglądając na blogi innych miłych osób w różnych zakątkach Polski i świata. Pozdrawiam wszystkich. Małgosia retromigosia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję, teraz to bym nieba ucgyliła wszystkim przeprowadzającym się. Widzę, że mam i tak więcej szczęścia, bo udało mi się uniknąć choroby. Życzę więc szybkiego powrotu do zdrowia, życzliwych podglądających i rychłego udomowienia ścian :)

      Usuń
  3. Mogę tylko domyslac sie ile pracy wliżyliscie w nowy dom ale warto było, bo jest pięknie!!! Szybko "zapanowałaś" nad miejscem i łatwiej nawiązująca kontakty z ludźmi, cóż czas i doświadczenie. Ciekawe miejsce fajne zwyczaje.
    Radości na Nowy Rok i dużo zdrowia !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągle pracujemy nad tym domem, na Święta tylko zwolniliśmy, powoli ruszamy znowu do boju. Łatwiejsze konkaty są wynikiem jako takiej znajomości języka, a także zmian, które zaszły we mnie samej.

      Usuń
  4. no jasne, że jesteśmy !! ależ inne są te Tobbianowe święta niż te w San Pantaleo ... i zwyczaje inne i w ogóle probostwo całkiem inne ... takie jakby zabytkowe z duszą ... biblioteczka wyszła cudnie aż się w takiej chce zasiadać ...

    Jabłka jako świeczniki chyba podkradnę :)

    I dziękujemy za karteczkę ! dotarła cała i zdrowa choć zaskoczyła mnie koperta :D oryginalna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest zupełnie inaczej, co tu dużo mówić - lepiej. Jedyne, co jest na minus, to w San Pantaleo lepiej śpiewali :) Cieszę się, że kartka dotarła, jako i do mnie, za co dziękuję :)

      Usuń
  5. Małgosiu, dech zapiera, głos odbiera patrząc na te cuda w Twoim nowym domu. Ależ ta Tobbiana ma szczęście, że pozyskała Ciebie.
    Grażyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś staram się tak nie myśleć, chociaż już mi kobiety mówią, że brakowało im takiej osoby. Mi też ciagle dech zapiera i mam nadzieję, że to nie minie :)

      Usuń
  6. Dzięki temu reportażowi zaczynam lubić Tobbianę - do tej pory jakoś żal mi było, że już nie mieszkacie w poprzedniej parafii - taki jakiś sentyment do niej czułam, może przez "zasiedzenie" ;-)
    Pozdrawiam serdecznie i jeszcze światecznie. Wszystkiego dobrego w nowym miejscu :-) !
    Ewa z Legnicy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałam nigdy narzekać na San Pantaleo, ale chociażby ruch drogowy pod samą plebanią jest tam tragiczny, Na dobrą sprawę można było wpaść pod samochód jeszcze całkiem nie wychyliwszy się z domu. Tutejszy spokój jest błogosławieństwem.

      Usuń
  7. Droga Małgosiu,Tobbiana potrzebowała Ciebie,a Ty jej.To jest bezdyskusyjne.Piękny wpis i ogromną przyjemnością było jego czytanie przy swingującej muzyczce.Jeden z bandu miał nawet odpowiednie buty.Dobry anioł zesłał duszyczkę w to nieturystyczne miejsce.gdzie inni,żeby nie powiedzieć dobrzy ludzie.A Ty wniesiesz w to miejsce świeżość,i kaganek oświaty.Dziękuję przyjaciółka Roksana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam też taką nadzieję :) Dziękuję bardzo za tyle wiary w moje możliwości :)

      Usuń
  8. Juz sama nie wiem, co bardziej zachwyca - wnetrza czy zewnetrza? :)
    Fantastyczne!!

    A czy do San Pantaleo zawedrował nowy kapłan?

    Pozdrawiam serdecznie!
    czeko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, w San Pantaleo, po raz pierwszy od kilkuset lat nie mieszka żaden ksiądz. Dom służy tylko na spotkania katechetyczne raz w tygodniu. Sama parafia ma proboszcza, który mieszka w innej parafii i pod opieką ma jeszcze dwie inne parafie.

      Usuń
  9. Post czytałem.......,kurczę nie wiem ile już razy.Pięknie opowiadasz.Wszystko zachwyca!Tyle spokoju i prostoty bije z tego miejsca.Opowiadaj nam Małgosiu......A.P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę się starać, na ile mi sił wystarczy. Ciągle dużo prac przed nami. Ale Tobbiana warta pisania :)

      Usuń
  10. Ogladam jeszcze raz zdjecia,pieknie i klimatycznie! Wszystko zachwyca ,biblioteka, szopka, zielony kielich( Z Alzacji?), serwetki na talerzach, a widoki....!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, Boguniu, a to wynik braku czasu i nierozpakowanych jeszcze niektórych kartonów. Dlatego nie miałam tkaninowych serwetek, dlatego powszednie sztućce. Pytasz o kieliszki z zieloną nóżką? Nie wiem, skąd pochodzą, są prezentem z Polski. Cieszę się, że Ci się podoba to wszystko, mnie tak rozpiera radość, że choć trochę znajduję upustu dzieląc się nią z Wami.

      Usuń
  11. Piękna i klimatyczna biblioteka, urocze miasteczko (czy raczej wieś jak piszesz). Plebania wielka, dużo miejsca dla Twojej artystycznej duszy, oswoisz te miejsca cudnie, jak przedtem w San Pantaleo.
    Lubię czytać o trudach i radościach przeprowadzek, sama od sześciu lat udomawiam chattę pod lasem
    Szczęścia i zadowolenia na Nowy Rok

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, właśnie, to nazewnictwo jest trudne do przetłumaczenia, bo miejscowość nie ma charakteru miejskiego, ale też niewiele przypomina naszą polską wieś. Tu po prostu mówią na to paese. Jejka! Sześć lat to brzmi poważnie, a ja po trzech miesiącach już bym chciała mieć w pełni skończone szykowanie domu?

      Usuń
  12. Energii, zdrowia i wiele radości w Nowym Roku 2017. Fascynujacy tekst z podkładem muzycznym! Urokliwe miejsce na ziemi, ale warunkiem jego wyjatkowosci jest Twoja osoba, wszystkiego najlepszego Malgosia z Wroclawia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, przyznam, że słodko się robi czytając takie słowa, ale wolę nie myśleć o sobie jako o kimś wyjątkowym. Dziękuję jeszcze raz i życzę także wszystkiego najlepszego.

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *