sobota, 2 maja 2020

ZŁOTA KLATKA?

Na początku kwarantanny pisałam Wam, że nie obawiam się zamknąć w domu. I faktycznie, trudno nie jest. Zajęć mam tyle, że kilku kwarantann  by nie starczyło. Realizuję różne projekty, odnawiam figury (z których jedną ktoś kiedyś próbował wyczyścić kwasem solnym), przygotowuję nową wystawę, porządkuję z dawna nieuporządkowane, z trudem, ale uruchamiam warzywnik, cudem zdobywając flance i nasiona.



Prowadzę grupę wsparcia dla pań z Tobbiany. Niewątpliwym sukcesem jest sprowokowanie ich do obserwacji piękna najbliższego nich, kwiatów, ptaków, światła, itp.
Jest przy tym dużo czasu na myślenie i obserwacje, więc myślę, no nie umiem wyłączyć myślenia. Nie umiem i nie chcę.
Przeczytałam dzisiaj na Facebooku komentarze ludzi pod pytaniem "Czy, gdyby otwarto już bary, poszlibyście do nich?" Absolutna większość odpowiedziała, że nie. 
Już mnie to nie dziwi, bo od kilku tygodni obserwuję, jak bardzo strach przed utratą zdrowia, a tym bardziej przed śmiercią, potrafi zrobić z nas posłusznych wykonawców prawa. 
Nie wiem dlaczego, ale u mnie jest zupełnie inaczej. Pisałam dwa miesiące temu, że obawiam się śmierci; tu zaszła zmiana. 
Najpierw nadciągnął kryzys psychiczny, lęk doszedł do granic płaczu, prawie histerii, a potem spokój. Nauczyłam się sama, bez żadnych podpowiedzi, że śledzenie wszelkich informacji o covid nie sprzyja mojej kondycji psychicznej, zostawiłam sobie głównie dane z terenu gminy (ciągle bardzo niskie statystyki), część i tak wchodzi w oczy bez poszukiwań. Powolutku uporządkowałam swoje myślenie o życiu.  

Na scenie koronawirusa zaczęłam spostrzegać absurd za absurdem. 
Ciągle dręczyło mnie klasyczne zdanie:  "Zdrowie jest najważniejsze". Czy aby na pewno? Przecież nie powiem osobie nieuleczalnie chorej, że zdrowie jest najważniejsze, czy nie ma nic cenniejszego w jej życiu? Jeśli znajoma rezygnuje z pracy, żeby zaopiekować się chorym ojcem, to znaczy, że jego życie jest dla niej bardzo ważne, bez względu na to, czy chore, czy zdrowe? 
Kwarantanna wyzwoliła w nas różne ukryte dotąd cechy charakteru, pokazała nowe umiejętności.
Część skoncentrowała się tylko na fizycznym przetrwaniu, ale część zobaczyła, że "nie samym chlebem". 
Do mnie samej dotarło wiele fotografii prac wykonanych przez osoby wcześniej niesięgające w kierunku działań plastycznych.
Czyli potrzeba piękna jest niezwykle ważna? Wy, czytelnicy tego bloga, zapewne to bardziej rozumiecie, bo po tym, gdy zaprzestałam prowadzić  zwyczajny dziennik, pozostały te osoby, które interesuje głównie Toskania i jej szeroko rozumiane piękno. 
Bywa też, że inni nauczyli się być donosicielami, cennymi niezwykle, z punktu widzenia kwarantanny, strażnikami prawa. Przecież ich wysiłek nie mógł pójść na marne przez dziewiętnastoletnich chłopców, których nijak w ryzach nie idzie utrzymać. 
Psy ogrodnika wyszły z ukrycia. 
Słyszałam o "obywatelskim" pomyśle zakazu używania prywatnych ogrodów, żeby nie czuli się pokrzywdzeni ci, którzy ich nie mają (to w Polsce).
Fantastycznie przebiegła akcja zbierania subskrypcji na Youtube. Przyjaciele prosili nawet niewierzących i część z nich reagowała bardzo po ludzku, rozumiejąc, że jeśli sami nawet nie mają potrzeb religijnych, to można pomóc tym, którzy je mają. 
Jest też druga strona medalu. 
Gdy żaliłam się, że Krzysztof nie może iść pobłogosławić ręką palm wielkanocnych, usłyszałam od kolegi, że lepiej zrobi, gdy pójdzie posprzątać kościół. Ileż było w tym pogardy. Nawet nie miałam ochoty tłumaczyć, że pryncypał zakasuje rękawy, że sam wykonuje wiele fizycznych prac. To nie w tym rzecz. Chodzi o to, że trudno "szkiełku i oku" zrozumieć ludzi mających inne potrzeby, że zewnętrzne znaki, że modlitwa, że błogosławieństwo, mogą być dla kogoś ważnym zdarzeniem.
A jeśli takich osób jest więcej? Jeśli zespół specjalistów powołanych przez premiera Włoch to jedno wielkie "szkiełko i oko"?
Na tym polu najbardziej odczuwam absurdy, bo przeszliśmy do fazy 2, ale z pominięciem religii.
Premier Włoch w niedzielę wygłosił orędzie, w którym nie zająknął się na temat przywrócenia Mszy z udziałem ludu. Po 15 minutach od jego wystąpienia włoski episkopat wydał list protestujący przeciwko ograniczeniu prawa do kultu, po czym jeszcze tego samego dnia zebrał się zespół anonimowych doradców, który orzekł, że do końca maja nic z tego. 
Okazało się, że biskupi nawet w Wielkim Tygodniu byli wzywani do ustaleń, na jakich zasadach można będzie brać udział w nabożeństwach, a potem wielkie "nic". Do autobusu możesz wejść z maseczką na twarzy, ale nie do wielkiej przestrzeni kościoła. Nie wspominając o tym, że przecież można było pomyśleć we włoskim klimacie o mszach w plenerze. 
Na pogrzeb może przyjść już 15 osób, a nie 2. Przewiduje się "nawet" pogrzeb z Mszą św. 
Nie wiem na jakiej podstawie, na grupie księży dyskutuje się o mierzeniu temperatury przed wejściem do kościoła. A co, jeśli ktoś ma gorączkę, ale nie z powodu koronawirusa? A w ogóle to gdzie słynna privacy? Ciekawe, że gdy człowiek z parafii spadł z rusztowania i mieli go helikopterem przewieźć do Florencji, zasłaniano się "privacy", żeby nie poinformować księdza, czy ma przyjechać z ostatnim namaszczeniem. Niestety, byłoby to faktycznie ostatnie namaszczenie. Spalono człowieka, ale pogrzeb odłożono na przyszłość, kiedy będzie go mogło pożegnać większe grono osób. 
Skoro jesteśmy przy umieraniu, to wspomnę, że ludzie umierają na inne choroby, a kwalifikuje się ich jako ofiary covid, co pociąga za sobą obowiązkową kremację, a tę potem każe się opłacać rodzinie. 
Jeszcze ciekawiej się robi, gdy biskupi protestują przeciwko braku rozwiązań dotyczących sprawowania kultu, a papież mówi o przezorności o posłuszeństwie, a wcześniej sam mówił o konieczności życia sakramentalnego, nawoływał też do wizyt u chorych.
Dzieci pójdą do szkoły dopiero od września. Ponoć rodzicom, którzy nie mają możliwości opiekowania się nimi, bo przecież wiele miejsc pracy już się uruchamia, zostaną dane dotacje na baby sitter. Czy to jest najlepsze rozwiązanie?
Żeby było weselej,  do fazy 2 wchodzimy od 4 maja, a prezydent (wojewoda?) Toskanii stwierdził, że na spacery, jazdy na rowerze, bieganie, w ramach swojej gminy, możemy wyjść już od 1 maja. Premier Conte  zaprotestował, że nie można tak luzować prawa, ale zarządzenie toskańskie pozostało. Powstał nawet fałszywy dekret, informujący że prezydent Toskanii się wycofał. Dodam, że premier państwa i wojewoda są z tej samej opcji politycznej, więc zagrywka jest co najmniej absurdalna. Co ciekawe, w zarządzeniu mówi się o tym, że można wyjść z domu, albo wyjechać na rowerze, zakazane jest dotarcie autem na miejsce marszu, a przecież to rozrzedziłoby liczbę osób wyruszających z jednej miejscowości zażywać sportu. 
Można już kupić pizzę na wynos, ale pizzeria nie może jej nam dostarczyć do domu. Która opcja powoduje większą groźbę zgromadzeń?
Lodziarzowi, który sprzedawał lody zagrożono zamknięciem lokalu, bo ludzie na zewnątrz jedli lody, a zakupy na wynos przewidują spożycie zakupionej potrawy w domu. 
Torem przeszkód jest dla mnie dekret premiera. Usiłowałam się w niego wgryźć, poległam, nie z braku znajomości języka włoskiego, ale z powodu formy, jaką posiada ten dokument. Dwie początkowe strony to są same odwołania do różnych wcześniejszych przepisów. Samo zarządzenie  nie ma wyraźnej struktury podzielonej na "pozwala się" i "zabrania się". Kolejność i  jedność tematyczna jest dla mnie wielką tajemnicą. Trudno znaleźć, gdzie są wymienione te aspekty życia, które dotyczą ciebie, jako konkretnej osoby. Do tego szczegółowe wyjaśnienia są w innym miejscu. Podziwiam tych, którzy przez to przebrnęli ze zrozumieniem.
Rozkoszne jest poszukiwanie prawnego określenia na kogoś, kto nie jest twoim małżonkiem, czy rodziną. Od 4 maja będziemy mogli odwiedzać nie tylko tych wymienionych, ale i "prawdziwych przyjaciół" (bo tak tłumaczono, między innymi, użycie w dekrecie słowa congiunto). Konia z rzędem, kto my wyjaśni, jak to rozpoznać prawnie?
Fantastyczne jest rozporządzenie, że maseczka ma kosztować 0,50€. Nie wyjaśniono, co zrobić z tymi, które apteki sprowadziły po wyższej cenie. 
Ze względu na zagrożenie epidemiologiczne z więzienia wypuszczono mafiozów.  ???
Do portów na południu ciągle przybijają przepełnione łodzie imigrantów. Chyba nie są zarażeni i im we Włoszech nic nie grozi. 
Widzieliście pomysły na odizolowanie klientów w restauracjach? 

Mózg się zagotowuje na to wielkie urozmaicenie.
A teraz dodajcie do tego pomysły ze szczepionkami. Przyznam się, że nie będąc matką, byłam daleka od tematu szczepionek, choć zawsze wydawało mi się dziwne, że zakazuje się dzieciom nieszczepionym wejścia pomiędzy dzieci szczepione, co się przekładało na niewpuszczenie do przedszkola, czy szkoły. Nie umiem zrozumieć, w jaki sposób nieszczepione dziecko może zagrażać temu szczepionemu, jeśli szczepionka jest skuteczna. 
Teraz problem ma dotknąć nas wszystkich bezpośrednio. Pomysły na ograniczenie naszych swobód, jeśli się nie zaszczepimy, są porażające, łącznie z zakazem wejścia do sklepu, samolotu, itp. Nie dość, że nie będę mogła zadecydować o przyjęciu szczepionki, to jeszcze mam ryzykować tym, że wszczepi mi się coś przygotowane z pośpiechem? Kto pamięta dzieci, których matki zażywały lek uspokajający o nazwie contergan? A może jest wśród Czytelników ktoś, komu dziecko zachorowało po szczepionce? Znam tutaj mojego rówieśnika, który po zaszczepieniu przeciw grypie omal nie zakończył życia po ataku serca, będąc wcześniej w świetnej kondycji zdrowotnej. Nie podoba mi się eksperymentowanie na moim życiu.
Podkreślę, że odeszły mi wielkie lęki związane z własną śmiertelnością, ale nie znaczy to, że chciałabym przyśpieszyć moment odejścia z tego świata, albo zachorować, bo ktoś coś pospiesznie wprowadził jako obowiązkowe. 
Jedni specjaliści zaprzeczają słowom innych specjalistów. Komu mam uwierzyć?
Zdjęciu pokazującemu wirusy wielkości piłki lekarskiej wypełniającymi nasze powietrze?
Jak mam uwierzyć dobrym intencjom rządu, jeśli służby porządkowe przerywają Mszę, na którą przyszło 14 osób, a nie rozbijają zgromadzenia ludzi spod czerwonej flagi z okazji wyzwolenia Włoch? Nigdy nie umiałam słuchać zakazu dla samego zakazu, zawsze chciałam znać jego uzasadnienie, dlatego nie rozumiem, dlaczego nie może wznowić działalności kosmetyczka, od dawna używająca maseczki i rękawiczek. Dodam od razu, że nie jestem klientką salonów kosmetycznych, ale serce mi się kraje, gdy pomyślę o tych wszystkich małych zakładach wszelkiej maści, których nie ma kto obronić, ale od których wymaga się abonamentowych i podatkowych opłat, mimo, że już dwa miesiące nie mają dochodu. 

Dlaczego "Złota klatka"? Bo zastanawiam się, jakim kosztem pozwalamy sobie odjąć wolność, prawo decydowania o nas samych? Kto w ogóle nam je odbiera? Czy wolę żyć według reguł z góry ustalonych przez nieznanych mi ludzi, których powołał niekonstytucjonalnie ustanowiony premier? Jaka będzie cena za bezpieczeństwo mojego zdrowia?

Żeby nie było, że jestem tym wszystkim zatrwożona. Ja to sobie tylko obserwuję, z zaciekawieniem notuję. Nie znam przyszłości, więc nie będę się nią zamartwiać. 

Nie wiem, dlaczego ale od kilku dni chodzi za mną cytat z "Seksmisji". 

Bocian! Jeśli on żyje, to my też możemy! 

I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam Was bardzo, bardzo serdecznie. 
Wybaczcie, że się wielce tu nie udzielam, ale z natury rzeczy kwarantanna wyzwala w człowieku introwertyczne zachowania. 


piątek, 17 kwietnia 2020

NAJWYŻSZY CZAS NA PRZEPIS

Moja babska grupa wsparcia na whatsappie to forum nastrojów wszelkich, porad, dzielenia się pięknem, śmiechem. 
Oczywiście, nie może tu braknąć zdjęć potraw i przepisów. Powoli się zastanawiam, jak to wszystko pogromadzić, bo dopiero teraz mam tak częsty wgląd do talerzy w domach znajomych. 
Zacznę od czegoś banalnie prostego, czym zachwyciłam się podczas pierwszej wizyty w Rawennie i nigdy sama nie odtworzyłam tego smaku. Zawsze zamawiam sobie tę potrawę będąc w Regionie Emilia-Romagna.
Chodzi o sztandarową piadinę, rodzaj macy, do której dodatki są właściwie kwestią naszej wyobraźni. 
Tuż przed kwarantanną dostaliśmy od Marco smalec, pyszny, lecz już bardzo odwykłam od jego stosowania w kuchni, więc go zabarykadowałam w lodówce i czekałam na natchnienie. Aż przyszła kwarantanna i Dorella zapytała, czy ktoś ma przepis na piadinę. No i dostała odpowiedź. Skorzystałam i ja. I to nie jeden raz. 
Mam nadzieję, że i Wy skorzystacie. 

PIADINA

500 g mąki chlebowej (we Włoszech 0, w Polsce chyba 650)
70 g smalcu
10 g soli (daję mniej, bo mój smalec jest solony)
140 g wody
140 g mleka
3 g sody (niektórzy unikają nawet i tego spulchniacza)

Wszystko wymieszać na gładką masę, co jako leń patentowany robię w maszynie. Przełożyć do miski, przykryć folią spożywczą i zostawić na minimum pół godziny w lodówce. Zdarza mi się nie czekać. Podzielić ciasto na 10 kulek, rozwałkować na koła o średnicy mniej więcej 23 cm. Nie myślcie, że mi wychodzą koła. Piec na patelni po 30 sekund z każdej strony, na dość wysokim ogniu, bez smarowania czymkolwiek patelni. 
Świetne w tej potrawie jest to, że czas jej przygotowania jest krótki, że nie trzeba podsypywać mąką przy wałkowaniu, a nawet moja nie najlepsza patelnia nie powoduje przywierania ciasta. 
Na koniec możecie uderzyć w tony słone, bądź słodkie. 
Możecie też przechowywać padinę tak z dwa dni, podgrzać ją przed podaniem, albo niecierpliwe zjeść zimną. Cieplejsza jednak jest o wiele łatwiej pochłanialna.
Wersja słona na zdjęciu to zestaw pulpecik, cebula z octu, sałata - pozostałości po wcześniejszym obiedzie. Nie ma ograniczeń, nakładajcie, co Wam tylko do ręki się przyklei. Jednym z klasycznych zestawów tego regionu jest surowa szynka i mozzarella, 
Na słodko zaszalałam kiedyś i nałożyłam sobie resztki kajmaku (który mi został po robieniu mazurków) oraz dżem pomarańczowy. 







Smacznego!




poniedziałek, 13 kwietnia 2020

ZACHOWAĆ NORMALNOŚĆ

Zewsząd namawia się nas, byśmy się odnaleźli w tej sytuacji, dopasowali do niej, zastosowali nowe podejście do codzienności, do liturgii, do wszystkiego. 
W swoim myśleniu o Wielkanocy poszłam w innym kierunku: jak najwięcej zachować z tego, co "zawsze". Nie chciałam śpiewać "jeszcze będzie normalniej", w kółko powtarzałam "ma być normalnie". 
W kościele musiałam trochę dopasować się do wymogów i zaleceń biskupa.  
W ostatniej chwili znajoma kwiaciarka uruchomiła dostawy do domu, więc cudem udało mi się przyozdobić prezbiterium pysznymi różami,  delikatnymi tulipanami, czy azaliami, które potem zawędrują przed dom. 
O jeździe na giełdę kwiatową mogłam tylko pomarzyć.  Zamiast Grobu Pańskiego (nie wiedzieć czemu zakazanego przez biskupa), zasłoniliśmy tabernakulum moim obrazem, który już Wam zaprezentowałam. Pierwszy raz, komponując dekoracje, myślałam też o kadrowaniu przez telefon. 








W domu rozwinęłam ideę masy z pakowego papieru, którego szlachetne brązy zawsze mnie zachwycały. Wieczorami siadałam więc naprzeciw kominka i kleiłam, kleiłam, kleiłam. Dorobiłam odpowiednie świece, by razem z  papierem stanowiły tło dla bieli talerzy, czy margaretek (ciesząc się, że tak obficie zakwitły i miałam z czego naciąć całe naręcza).



W innych miejscach domu porozstawiałam starsze dekoracje. 



Żurek w Toskanii? Nic niemożliwego, udało mi się nawet znaleźć kogoś, kto podrzucił zakwas do Asi i wiem, że i w jej domu królował nasz polski specjał.
Mazurki tak polubione już przez parafian, symbolicznie poszły do dwóch zaprzyjaźnionych domów. Jedna z parafianek podarowała nam włoski specjał toskański - wieniec paschalny, robiony z francuskiego ciasta nadziewanego szpinakiem, jajkiem, ricottą, parmezanem, doprawionego majerankiem. Pycha!

A że pogoda na zewnątrz wyśmienita, rozprzestrzeniłam się i na ogród, który mamy to szczęście dany do użytku. 


Zapraszam do obejrzenia zdjęć: 




niedziela, 12 kwietnia 2020

ZAWSZE JEST NADZIEJA


Bo nawet najokrutniejszy Wielki Piątek ma swój koniec w Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. 
Życzę nam wszystkim, byśmy w tym trudnym czasie zobaczyli Światło. 

czwartek, 9 kwietnia 2020

GDZIE JEST JEJ ZWYCIĘSTWO?

Słowa z jednej z pieśni wielkanocnych niech będą wprowadzeniem w Triduum Paschalne.
A do tego mój obraz, następny z cyklu "Droga Krzyżowa". Tym razem ostatnia stacja "Pan Jezus złożony do grobu". 
Śmierć błogosławiona i błogosławiąca. 


niedziela, 5 kwietnia 2020

Z GULĄ W GARDLE

Dziękuję wszystkim za pomoc w uzbieraniu odpowiedniej liczby subskrybentów. Jak pewnie niektórzy zauważyli, nadajemy przez You Tube.
Staramy się wykorzystywać media, na ile tylko się da. Docieramy nie tylko do parafian, ale i daleko poza granice parafii, a nawet Italii.
Nie każdy ksiądz radzi sobie z nadawaniem na żywo, wielu parafian pozostało skazanych tylko na media krajowe, a to w przypadku tak wielkiego przywiązania do dzwonnicy (campanilismo) jest dla Włochów dodatkowym utrudnieniem w przeżywaniu kwarantanny.
Moja whatsappowa grupa pań, początkowo ograniczona do uczestniczek zajęć plastycznych, rozrasta się i ma obecnie nazwę "Kobiety z Tobbiany". Towarzyszymy sobie w codzienności kwarantanny, podnosimy na duchu, podsyłamy przepisy, śmiejemy się. Zaproponowałam, żeby zamiast obrazków z internetu, wrzucały swoje zdjęcia, ze swoich domów, kwiatów, potraw. I to robią! Gdy moja przyjaciółka w Polsce obchodziła 50 urodziny, część pań z rodzinami nagrała dla niej życzenia. 
Widać, że ludzie powoli się ogarnęli, znaleźli swoje rytmy w zamknięciu.
Gorzej sprawa przedstawia się na polu kościelnym. Niektóre ograniczenia budzą rozżalenie, trudno zrozumieć nielogiczność i nierówność pewnych zarządzeń. Trzeba szukać innego sposobu na dotarcie do parafian, jeśli zabrania się księdzu samotnego wyjścia na ulicę w celu pobłogosławienia parafii, palm, itd. 
Żeby nie nawoływać ludzi do wychodzenia po gałązki oliwne, zaproponowałam zrobienie sobie palemek alla pollacca, podarowałam do wydruku namalowaną przez siebie tablicę botaniczną z oliwką (jeśli ktoś już koniecznie musiał mieć oliwkę, zwyczajową tutaj palmę). Mam sygnały, że ludzie faktycznie ją sobie wydrukowali. Skonstruowaliśmy też coś w rodzaju olbrzymiej palmy, wykorzystując słup stojący na łączce przed plebanią. 







Tylko jak pobłogosławić palmy u ludzi w domach?
Z dzwonnicy!To było niezwykłe machać do ludzi z wysoka, widzieć drobne figurki i domyślać się, kogo kryją. Widziałam człowieka z lornetką, znajoma wzięła lustro, żeby nadawać znaki do nas. 
Najbardziej niezwykłe było jednak błogosławieństwo, które wywołało we mnie tytułową gulę w gardle. Chyba nie muszę tego wyjaśniać?




środa, 25 marca 2020

WIELKA PROŚBA

Wiele osób pyta się, jak mogą pomóc.
Wydawało się, że na taką odległość, możliwe są jedynie słowa wsparcia, zapewnienia o pamięci i modlitwie.
A jednak!
Mamy wielką prośbę, gigantyczną prośbę!
Krzysztof nadaje na żywo z obydwóch parafii. Możecie zapytać, czy parafianie nie mogą uczestniczyć w transmisjach telewizyjnych z diecezji czy Watykanu. Odpowiedż jest prosta: Mogą, ale...
Pamiętajcie o zjawisku zwanym "campanilismo", czyli przywiązaniu do miejsca urodzenia, zamieszkania od długich lat,  dosłownie to przywiązanie do dzwonnicy.
Niemal od razu po ogłoszeniu kwarantanny parafie zaczęły nadawać na żywo na dwóch platformach, dwoma telefonami - na Facebooku i Instagramie, ale tam wymagane jest zalogowanie, czego wielu nie umie zrobić, nie chce, ma swoje powody, z którymi się nie dyskutuje. Możliwość nadawania na żywo ma też youtube i w tym kierunku poszły działania, bo tam nie wymaga się logowania, by oglądać relacje.
Ale nie ma tak lekko.
Po pierwsze, po uruchomieniu tej opcji można nadawać na żywo, ale tylko z komputera.
Po drugie, w kościele nie mamy zasięgu wi fi, więc i tak trzeba posługiwać się telefonem, żeby tworzyć hot spot.
Po trzecie, nie wiemy dlaczego, ale komputer powoduje wielkie zakłócenia w dźwięku, ścina relację,
Prosimy więc z całego serca o zapisanie się na kanał Don Cristoforo, by móc nadawać z telefonu.
Potrzeba minimum 1000 subskrypcji! Poproście swoich przyjaciół, swoje rodziny, swoich znajomych i nieznajomych. Dla Was to niewiele, a dla dwóch małych społeczności w północnej Toskanii wielkie wsparcie.
Kanał ma służyć jedynie celom parafialnym, nie chodzi o żaden zarobek, tylko o kontakt z parafianami z trudem znoszącymi izolację.



Proszę, kliknijcie, kto żyw, na link Don Cristoforo a tam na przycisk "subskrybuj". 
Z góry i z całego serca dziękuję.