wtorek, 24 lipca 2007

JAK Z PREZENTAMI, TO ZAPRASZAM

Po ciężkiej nocy i tak wcześnie wstałam, żeby skończyć prezencik dla Krzysztofa na jutrzejsze imieniny - okładka do zbioru nut. 
 A noc była ciężka, bo nasz dyżurny cykor czegoś się przestraszył i szczekał żałosnie. Nie szło go uspokoić. W końcu i tak się skończyło, że Krzyś wziął go do siebie. Wstałam o 7 rano i poleciałam do przyjemnie chłodnej pracowni (za oknami były chmury). Podgototowałam też okładkę zeszytu na przepisy oraz, jak już wspomniałam, zrobiłam tę dla K.
Potem... przemiła rzecz: czy jest ktoś, kto nie lubi dostawać prezentów? Nie widzę, nie słyszę.
Otóż Krzysztof jeszcze smacznie spał a ja krzątałam się po kuchni. Nagle słyszę z dołu "buon giorno!" Wychylam się przez okno a tam Anna, zwana przez nas Argentynką, z racji kiedyś spędzonych tam lat. Obecnie pani około 80 lat, schorowana, ale rewelacyjnie wyglądająca. Jedna z niewielu tutaj, która ma siwe długie włosy upięte w boczny kok. Elegancko, czasami wręcz bardzo śmiało ubrana. Nie mogę się napatrzeć na nią, gdy wchodzi do kościoła w złotych bucikach z równie lśniącą torebką. Albo niemal baletki nabijane cekinami. Wszystko na niej wygląda wyśmienicie. Otóż Anna spytała się mnie łamaną angielszczyzną, jak się mam i poinformowała mnie, że zaraz jakąś paczuszkę mi przyniesie. Tą paczuszką okazał się prezent w postaci ... sukienki i korali!!! Sukienka jak na mnie szyta. Ależ miała oko! A korale - no niezywkłe. I ja mam to nosić? Ja, która z biżuterii to tylko malusie kolczyki wciskałam w uszy? We Włoszkach tak mi się podoba ich barokowość ubioru, świecidełkowość jakaś taka niekiczowata, strojność powszednia. Przy nich czuję się jak  w worku pokutnym, bez względu na to, co włożę. Chyba czas pomyśleć też nad zmianą image? Wstępnie rozważam też zmianę fryzury. Krzysiek ma jakiegoś parafianina, kiedyś tam mistrza świata we fryzjerstwe, chyba właśnie damskim. Może jakieś loczki??? Bo kolor to na razie na pewno rudy, rudy, rudy.
Po lekkim śniadaniu pojechaliśmy na zakupy. Najbardziej mnie rajcują nabyte zioła w doniczkach, które po południu przesadziliśmy do ziemi. I tak pod oliwką (nie wiem, czy mogą być tak blisko drzewa, ale to się okaże) pojawiły się pani bazylia z panią szałwią, koło nich małe koleżanki pietruszeczki, trochę dla towarzystwa lawenda, no i okazały pan rozmaryn. Muszę jeszcze znależć oregano i estragon.

W markecie ciągle czuję się egzotycznie, ta łatwość zakupu wszelkich serów, wielu rodzajów pomidorów, dorodne fioletowe bakłażany (nie mam na nie na razie pomysłu), kwiaty cukinii, wiele przecierów pomidorowych, tony makaronów, wyśmienite wina, ech ... zrobiłam się głodna. A niestety muszę trochę popilnować się z jedzeniem, bo jakoś chyba krąglejsza się zrobiłam. Szybko trzeba znaleźć basen!!!
No i tak spokojnie mija czas. Jakieś minusy? No dobra! Przyznam się - komary!!! Powoli uczę się jak ich unikać. Ale i tak mocno pokąsana jestem. Moskitiera to genialny i romantyczny pomysł. Chemia w gniazdku także i do tego czasami Off, zwłaszcza przy wychodzeniu wieczornym z psami. Dobrze, że wstręciuchy uaktywniają się tylko wieczorami. Strach pomyśleć, gdyby tak polowały całymi dniami.
Omal nie wspomniałabym, a przecież zachwycił i wzruszył mnie mail od Arety. Gdybym kiedykolwiek chciała zwątpić w to, że tu przyjechałam porzuciwszy dotychczasowe swoje życie to wtedy szybko chwycę za lekturę listu - dziękuję Aretko 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza