niedziela, 11 października 2015

I JESZCZE RAZ O POGGIBONSI

Podczas szperania w internecie odkryłam następne uroki Poggibonsi. To znaczy, przewidywałam, że będą urokami, licząc na to, że znalezione zdjęcia choć trochę oddają klimat miejsca.
Przeczucie wzmacniała mała dziewczynka we mnie, która marzyła o byciu królewną. A jeśli królewna, to obowiązkowo musiał być zamek, taki z krenelażami, z mostem zwodzonym, położony na wzgórzu ...
Lubicie takie?
Ja ciągle tak, mogą nawet być neogotyckie.
Tym razem był to fragment wycieczki z Krzysztofem, którą niebawem opiszę.
Prywatny zamek w Poggibonsi ponoć początkami sięga epoki Longobardów, przy czym wcale nie był wtedy zamkiem, tylko klasztorem pod patronatem św. Michała Archanioła, bardzo lubianego przez ludy germańskie. To wszystko tylko ponoć.
Za to na pewno w pewnym dokumencie z X wieku wspomniany jest opat Bononio, który, dzięki bardzo wielkiej darowiźnie, ma doprowadzić podupadłą strukturę do stanu używalności.
Do XIV wieku opactwo przeżywało rozkwit, rozrastało się, by potem, wynikiem wojen, zarazy i innych niesprzyjających okoliczności, powoli podupadać. Mnisi zostawiają go w połowie XV wieku.
Miejsce kolejno staje się szpitalem, gospodarstwem, aż trafia w prywatne ręce Marcello Galli-Dun, który ratuje mury, dodając im "ząbeczki", czyli własnie ów lubiany przeze mnie krenelaż. Ze średniowiecza pozostał XI wieczny dziedziniec i niektóre mury.
Potem tworzy się historia przechodzenia z jednych prywatnych rąk w drugie.
Obecny właściciel jest trzecim pokoleniem posiadaczy nieruchomości i robi wszystko, by zamek utrzymać. Po długiej bitwie z urzędnikami udało mu się uzyskać pozwolenie na trzy apartamenty dla turystów oraz budowę basenu. Mądrze też przeprowadził rozmowy z księżmi, udostępnia kaplicę na Msze św., na spotkania dzieciaków katechetycznych. Sam korzysta na tym, że otrzymał pozwolenie na przeprowadzenie uroczystości ślubnych w zadbanej kaplicy.
Skąd to wiem?
Tak się rozpędziłam z opisaniem historii, że zapomniałam wspomnieć, jak to było z wizytą na zamku.
GPS poprowadził nas dziwną bramą na drogę, która wydawała się być drogą tylko do prywatnego użytku.

Ale przecież jakoś ludzie docierają do widocznego z oddali zamku? Jedziemy. Mozolnie wspinamy się kolejnymi zakrętami. Mijamy jakiś odnawiany dom, może kiedyś stróżowkę?


Przed samą bramą stał jakiś człowiek, zapytaliśmy, czy zamek można zwiedzić. Farciarze z nas, jak zwykle. Przed nami stał właściciel Nicolà, czekający na przyjazd gości. Zaprosił nas na teren posiadłości, opowiedział o miejscu, wprowadził do niektórych zakątków. Zapoznał ze swoimi zwierzętami, psem z daleka nas obszczekującym i skrzeczącą z balkonu papugą.

Pomieszczeń nie obejrzeliśmy, ale trochę można znaleźć w inetrnecie, więc szukajcie Castello di Badia (bądź Castello della Badia), albo skontaktujcie się z Joanną, bo może to będzie wymarzone miejsce na Wasz ślub?

Na koniec zwiedzania i miłej rozmowy zapytałam właściciela, skąd najlepiej zrobić dobre zdjęcie całości. Wysłał nas na pewne wzgórze. Faktycznie, dobry obiektyw i zamczysko jak na dłoni.


Dzięki zatrzymaniu się na zrobienie zdjęcia odkryłam w końcu, gdzie jest jeszcze jeden niesamowity zabytek Poggibonsi. Trudno go objąć wzrokiem, chyba że z lotu ptaka. To olbrzymia forteca medycejska nazywana Fortezza di Poggio Imperiale.

Nie mieliśmy już czasu, ani światło nie było korzystne, by zajrzeć do środka. Muszę tam wrócić, mimo że wiem, iż większość terenu wyznaczonego przez imponujące mury to nieużytki, albo ruiny. Jedynie na jednym krańcu zachowała się koszarowa struktura.
A wrócić muszę koniecznie, bo ciągle jeszcze nie znam historycznego centrum miasta.

5 komentarzy:

  1. Kocham historie z Medyceuszami w tle ... czekam na ciąg dalszy. :) Pozdrawiam z Krakowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia twierdzy jest warta opisania, ale muszę jeszcze przyjrzeć jej się dłużej i wnikliwiej.

      Usuń
  2. Niesamowite, że można znaleźć takie miejsca praktycznie ot tak. Papuga fantastycznie pasuje do klimatu miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami mam trudności z określeniem, jak coś znalazłam, skakanie od linku do linku przewracanie kartek w różnych książkach - lista "do zobaczenia" ciągle rośnie, miast się kurczyć po ośmiu latach od zamieszkania tutaj.

      Usuń
  3. To chyba dobry objaw ;) Znak zadomowienia w kulturze i tradycji także.

    OdpowiedzUsuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *