wtorek, 7 sierpnia 2007

POMIDORY I ZABYTKI

Ratunku! Jeden dzień gdzieś mi się w pamięci schował. Co to było z tym poniedziałkiem, oprócz tego, że niewielu go lubi? Na pewno pamiętam walkę z pomidorami. Pokonałam je i poległy zmiażdżone na pomarolę - znaczy się ugotowałam sos. Pomidory i tak się pchają drzwiami i oknami. Pobliscy mieszkańcy hodują je w ogródkach i hojnie obdarzają swojego proboszcza  Za radą Ewy chyba zacznę je suszyć.
Na razie niewiele więcej pamiętam, poza już nudnym do wspominania prasowaniem (tak to jest, gdy się prasuje tylko po parę rzeczy dziennie).
No i w końcu coś się ruszyło w sprawie pozostawionego dobytku w Polsce. Jak dobrze pójdzie za tydzień będzie na miejscu.
Dzisiaj intensywny dzień. Zaczął się od wizyty u lekarki. Musiałam w końcu udać się po pomoc ze swędzącym łbem. Prawdopodobnie farbowanie chną mi nie służy. Przerwa w rudości na 2 miesiące. Za to nie ma przeciwskazań na loczki, więc jutro rankiem fryzjer. Potem pojechaliśmy porozglądać się po sklepach z artykułami wyposażenia wnętrz - szkoda słów. Połowę bym wykupiła. Ograniczyliśmy się do ładnego pojemnika na serwetki. Ciekawe, zawsze myślałam, że to musi być w pionie, a tu zupełnie inne rozwiązanie:
W domu pasta pesto i .. winko - tak, tak Asiu, ale naprawdę z wodą 
Popołudniem wizyta u Marzeny w Giaccherino. Zawsze zachwycam się tym miejscem. Klasztor sprzedany w prywatne ręce, odnawiany wielkim wysiłkiem, w walce z robotnikami, konserwatorami zabytków i właścicielami. Pozostawione specjalne jakieś fragmenty szpachli, żeby nie za nowe wszystko było. Odłupana nasączona jakąś substancją, żeby dalej nie pracowała, kolumna wykonana w kamieniu zwanym pietra serena. Doprowadzony do lśnienia św. Franciszek (a może lśniący świętością?). Opuszczona mnisza biblioteka i gdzieś jeszcze w innym pomieszczeniu meble katalogowe. Malunek iluzjonistyczny w wielkiej logii na piętrze. I krzewy cytryn na dziedzińcu. Do tego cisza wzgórza. Żadnych samochodów. Dodawszy jeszcze pyszne tiramisu, wykonane przez Marzenę, robi się ciepło na duszy. Tym razem nie zjarzałam na wewnętrzny dziedziniec cmentarny, więc zdjęć brak.
   
         
   
   
   
   

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

ZNOWU O JEDZENIU

W sobotę jeszcze obiad proszony u pewnego małżeństwa. On dentysta, ona dietetyczka. Jeden syn adoptowany z Rumunii. Wyrósł im na tak przystojnego młodziana, że nie można oczu oderwać, jak od pięknego obrazu.
Menu Aperitif: słodko-gorzki napój zwany tutaj gingerem – taki czerwony, bardzo gęsty. Przystawki to różne szynki i salami a do tego melon. Potem lasagna z grzybami i serem (trochę zjadłam, ale niestety grzyby to nie moje ulubione smaki), na drugie pyszne mięsko, frytki i sałata. Deser: owoce oraz crema Fiorentina - (jakiś rodzaj musu jajecznego, schłodzonego). Wszystko do popicia chianti.
Podczas obiadu, ciekawe rozmowy. Anna Lucia opowiadała o swojej pracy w prywatnym gabinecie dietetycznym. Mówiła z wielkim zapałem i przejęciem, zwłaszcza o dziewczynie anorektyczce, której raczej już się nie da pomóc. Potem długa dysputa na temat różnicy w podejściu go Kościoła między JPII a Benedyktem XVI. Trudno jest im zrozumieć, że dokładne określenie swojej tożsamości nie oznacza potępiania innych ludzi. Benedykt im nie w smak. Mnie najbardziej poruszył nakreślony przez nich obraz Cosenzy, miejscowości z południa Włoch. Marazm stagnacja, narkotyki. Co tydzień jakaś strzelanina, bezsensowna śmierć. Wielu ich rówieśników leży już na cmentarzu. Nie dziwota, że Polacy jadący pracować na południe Italii trafiają do jakichś szemranych obozów. Anna Lucia mówiła, że tamtejszym ludziom nie chce się pracować. No to pozostają emigranci.
Niedziela jak zawsze zaczęła się od Mszy. Potem ja spokój w kuchni, bo zostaliśmy zaproszeni do Franki I Fabia na obiad. Obiadek przepychotkaNa przystawki crostini z zimnym ragù, wędlinami oraz mniamiuśny surowy  seler naciowy (kawałki łodyg) nadziewany serkiem Philadelphia. Primo: makaron z ragù, secondo: królik oraz kurczak i smażone ziemniaki. Potem sałata, jak kto chce. A na deser wyśmienita macedonia (alkohol użyty to gin).
A po obiedzie 70 km na północ spacer z psami na wysokości 1500 m n.p.m. w Apeninie Bolońskim.
Czułam się tak harmonijnie w tamtym miejscu. Ani wielce męczący spacer, ani za gorąco, ani za chłodno. Łagodność gór podobna do bieszczadzkich wzgórz, z tym że wyżej, i pełno czarnych jagód, zwłaszcza powyżej pasma drzewostanu. Na widok charta ludzie przystawali zachwyceni, potem, gdy wzrok ich padał na mopsa, wybuchali śmiechem - biedny, kochany Druso. No zipiał trochę, ale tym razem mniej z wysiłku i gorąca, a więcej z przejęcia. A że nie taki trendy szczupły? Ba!
   
  

Z powrotem zatrzymaliśmy się przy małym sanktuarium, żeby poczuć choć trochę klimat odpustu. Chyba na całym świecie stoiska odpustowe mają coś ze sobą wspólnego, zmienia się tylko koloryt lokalny. Choć przyznam, że kram z ziołami bardzo mi się spodobał. Ale na porchettę (świniaczka) nie miałam ochoty.
  
  


Jak to w górach, źródła w obfitości, tutaj obłożone ludźmi nabierającymi wodę do butelek.

sobota, 4 sierpnia 2007

Z UŚMIECHEM

Ależ to trzeba pilnować, dzień za dniem!
Piątek wojny podjazdowej ciąg dalszy.
Robiłam świece. Jedną potrzebuję w prezencie na dziś, na proszony obiad, następne na jutro na proszony obiad. W związku z tym sama mam wolne w kuchni  Zdjęcia wkleję popołudniem.
Byliśmy też u fryzjera pogadać, co się da zrobić z moimi włosami. W środę będzie permanente - czyli trwała.
Długi spacer z psami, zgubiłam i znalazłam klucz do samochodu. Wieczorem dobry film o Ojcu Pio, nie za słodziutki jak zazwyczaj bywają takie filmy.
Dzisiaj już za nami wizyta u, chyba można by to nazwać dzielnicowej, policjantki municypalnej, pracującej dla tej dzielnicy. Już nie przyjadą do domu sprawdzać, czy tu mieszkam. Wszystko, co chcieli wiedzieć (czy jesteśmy krewnymi, metraż mieszkania, wykonywana praca, stan cywilny itp.) spisała i teraz po 20. sierpnia mogę starać się o dowód tożsamości oraz legitymację ubezpieczeniową. Nie ma to jak koloratka! Krzysztof przy okazji został zaczepiony przez dyrektora urzędu dzielnicowego, który okazał się być jego parafianinem. Chciałby podjąć jakąś współpracę z parafią. W ogóle wizyta znowu miła, policjantka na koniec z uśmiechem ściska rękę i ech...  Domyślam się, że to faktycznie status księdza bardzo nam pomaga, nie zawsze ludziom idzie aż tak po maśle, jak mi. Ale z tego, co wiem, jednak tutaj ludzie o wiele więcej uśmiechają się do siebie.

piątek, 3 sierpnia 2007

UKORZENIANIE

Krzysztof z wizytą u chorych, ja dalej prowadzę wojne podjazdową z praniem. Coś zaczyna świtać na horyzoncie.
Z wizyty wrócił z całym naręczem kwiatów cukinii, samej cukinii oraz dwóch gatunków fasolki. I co z tym zrobić, żeby się nie zmarnowało? Na obiad kwiaty w cieście naleśnikowym, ale ile mogą zjeść dwie niezbyt wiele jedzące osoby? Muszę jeszcze popracować nad tym ciastem bo wyszło za grube i mało chrupkie. Smak dobry tylko nie ta konsystencja. Po sieście - obowiązkowej - małe zakupy i obserwacje fotograficzne codziennego dnia. A potem w końcu długo oczekiwana wizyta elektryka. Potwierdzają się doświadczenia Frances Mayes, to był trzeci zawezwany elektryk i pojawił się po ponownym telefonie, gdyż dzień wcześniej jakoś mu nie wyszło. Trzeba tu wielkiej cierpliwości wzywając fachowca. Przecież wszystko w końcu się zrobi  
To jest największa spotkana amfora, myślę, że ma grubo ponad dwa metry długości. Leży na posesji otoczonej polami uprawowymi.
     
Nie wiem, czy o tym pisałam, ale ten rejon słynie ze szkołek ogrodniczych. Są to rozległe pola zasadzone palmami, magnoliami, cyprysami... Uprawy są sprzedawane w donicach na cały świat. Wydaje mi się niemal surrealistycznym widok pola małych araukarii, czy śmiesznie przyciętych krzewów.
   
Do Pistoi wdepnęliśmy zakupić owoce do deseru macedonia. Staruszka na targu zakrywała sie gazetą i cos tam wykrzykiwała. Podejrzewamy, że sprzedawała nielegalnie jajka i nie życzyła sobie udokumentowania tego. Inni nie protestowali. Ryneczek już powoli się zwijał, gdyż było to w okolicach południa.
A to kiosk z gazetami. Wszystko niemal ma zewnątrz bez obawy przed złą pogodą albo złodziejaszkami.
Idąc ulicą weszliśmy na przestronny dziedziniec wewnętrzny jakiegoś banku. Hmm.. chyba nie trzeba komentarza na taki wystrój.
    
   
Po tak natchnionych wnętrzach ozdoby przy wejściu do jakiegoś baru. Panią w sukience różowej spcjalnie zamówiliśmy, bo tak koweniowała - 
    
Zaraz potem piękna Włoszka w pięknych drzwiach i dom narodzin Pucciniego, właśnie w remoncie:
    
I ostatnie zdjęcie to mój obecny dom. Przed nim po lewej stronie fotografii dziczejący ogród.


środa, 1 sierpnia 2007

TOSKANIA SPOZA SZABLONU

Trochę do pisania się nazbierało.
Wczoraj na zaproszenie Viviany - 75 letniej parafianki - pojechaliśmy odwiedzić ją w pobliskie góry do Piano degli Ontani. Godzina jazdy samochodem a znajdujesz się powyżej 1000 m n.p.m. Nie jest to miejsce dla turystów spragnionych słońca, zabytków i bajecznie średniowieczno-renesansowej Toskanii. Tak daleko nie sięgają oliwki, cyprysy i winnice. Za to tu znajdziesz ochłodę. To było jak orzeźwienie, kilkanaście stopni różnicy. Choć przyznam, że wolę upały na dole. Za to miejsce na spacer cudowne. Widoki dwutysięczników w tle, zieleń, zieleń i jeszcze raz zieleń.  
Viviana niestety na dłuższą metę bardzo nużąca, ponieważ odczuwa potrzebę opowiedzenia wszystkiego, i tego, co może cię dotyczyć, interesować, i tego, co absolutnie nie wchodzi w krąg twoich myśli. Wszytko jest bello, bellissimo, choćby największa tandeta, albo wcale nieuroczy kościółek. Jednak z chęcią przyjęliśmy jej zaproszenie, bo przede wszystkim ona tego potrzebowała a i dzięki temu zobaczyliśmy ciekawe miejsca do wędrówek po górach, osiągalnych chyba dla mojego kolana i i lęku wysokości.  Zresztą pozostaję pełna podziwu, jak może wyglądać pani w jej wieku. Ech!

Same miejscowości niezbyt ciekawe, urządzone pod starszych ludzi latem a zimą pod narciarzy. Architektura górska. Nastrój miejscowości letniskowo-zimowiskowych. Czasami tylko jakiś opuszczony dom w pobliżu sztucznego stopnia wodnego (w celu wytwarzania prądu). No i więcej kijanek niż ludzi.
  
     
   



Największe nasze zainteresowanie wzbudziły plastikowe imitacje ceramiki, że dopiero po dotyku można było rozpoznać tworzywo. A drugą powalającą ciekawostką były niebieskie hortensje aż w oczy raziło. Niemal błękit kobaltowy.
    

Abetone
   
(wybitnie narciarskie) straszyło pustką, tym bardziej spotęgowaną, że pod koniec siesty przyszło nam tam być. A siesta bardzo by się przydała, gdyż zjedliśmy w hotelu, w którym zatrzymała się Viviana, przepyszny obiad. No poezja! Przystawki - crostini (malusie kanapki bagietkowe z pasztecikiem albo z grzybkami - wszystko w tym hotelu własnego wytwórstwa) oraz wędliny, a w tym, co ciekawe, grubo w kostkę pokrojona jakaś chyba prosciutto crudo, sowicie polana oliwą. Jeszcze jedna przystawka to było coś na wzór gęstej zupy chlebowej. Zimne - przesmakowite, trudno mi jednak rozgryźć, czym było doprawione. Primo piatto: tortellini nadziewane mięsem i ricottą w sosie ragú. Krzysztof - jakiś makaron z grzybami. Na drugie gotowane mięso w ziołach. Aj! Rozpływało się w ustach, ale nie mogłam zjeść za dużo, żeby zostało mi miejsce na czarne jagody z lodami. O winie nie wspomnę, to obowiązkowe rosso.
Powrót z gór okazał się mordęgą, gdyż ilość zakrętów pomnożona przez ilość niestrawionego jedzenia jest asamochodowa. Jakoś dzielnie dałam radę przysypiając koło kierowcy.
Dzisiaj zwolnione tempo, zwłaszcza kuchenne. Krzysztof najpierw rano miał jakieś parafialne sprawy w kurii.Potem pojechaliśmy do obuwniczego w końcu kupić mi wygodne (czytaj: miękkie podeszwy) japonki do biegania po domu. Przy okazji zaopatrzyłam się też w buciki do łażenia po górach.
Na obiad kierunek Montecatini Alto. Znowu tortellini z ricottą, ale tym razem zamiast mięsa szpinak a w roli sosu roztopione masło i kilka świeżych listków szałwii. Mniam! Do tego vino di casa. I skrócona wersja obiadu, bo potem już "tylko" lody. Choć tych bym nie polecała. Miały być z macedonią, a to przypominało owoce w wodnej zalewie a nie macedonię. Wszystko wynagradzał widok z tarasu na wzgórza pełne srebrzystozielonych gajów oliwnych, poprzetykane pionami ciemnych cyprysów.
Wieczorkiem niespodziewana wizyta Teresy z chorą na raka córką. Przyszły zaprzyjaźnić nasze psiunie z ich 4 miesięcznym bokserem. Ależ cudo! Słodziak. Niestety chartowi niezbyt w smak był taki szczeniak i podwarkiwał na niego, ale Druso z chęcią krążył wokół ślicznoty. Teresa robi, co się da, by wyciągać córkę z domu. Dziewczyna jest młodą mężatką, chyba z trzyletnim stażem, i na razie dość mocno atakowaną przez chorobę. Niezywkły widok był, gdy  parę dni temu Teresa przyszła do kościoła z krótkimi włosami (zawsze nosiła długie). Ścięła je, by dodać odwagi córce przed zgoleniem na łyso tego, co i tak pod wpływem chemioterapii ma wypaść. Przyznam, że ten traumatyczny dla kobiety zabieg fryzjerski nie zepsuł szlachetności urody Rosalby.