środa, 7 listopada 2007

ZALEGŁOŚCI, O WYCIECZKACH, O JEDZENIU...

Zaległości mnie przydusiły do klawiatury. Tyle zdjęć, tyle rzeczy do napisania! Ostatnio skończyłam w poranną niedzielę przed wyjazdem na wycieczkę do Sanktuarium Montesenario. Organizatorem było TEISD (Stowarzyszenie opiekujące się chorymi). Do autobusu wsiadł sam babiniec, nie licząc księdza, męża prezeski oraz niezwykle przystojnego młodego kierowcy. Sanktuarium położone jest 18 km na północ od Florencji powyżej 800 m n.p.m. i należy do księży serwitów. Po drodze mijaliśmy bajeczne widoki.
Po Mszy odprawionej przez Krzysztofa, zaczął oprowadzać nas Fra Girolamo z Meksyku, mówił przesłodko po włosku i był bardzo miły. Miejsce nie należy do wielce zabytkowych, w zestawieniu z innymi miejscami w Toskanii, większość obiektów barokowa.
    
Nie powiem jednak, że nie było na czym oka zawiesić. Ładny relikwiarz siedmiu Braci założycieli:
    
Cudny fresk w refektarzu – ach jeść przy takim dziele! Ciekawa Madonna zupełnie nie wiadomo czemu w salce konferencyjnej.
    
A z wielkiego tarasu nieziemskie widoki na Florencję i góry.
Do strawy duchowej konieczna i ta przyziemna. TEISD poczęstowało więc uczestników merendą, czyli podwieczorkiem. NIe podjęto nas w pokoju spotkań, ale i tak było pysznie.
    
Nie spodziewajcie się jednak, że to tylko ciasteczko czy owoc! Najpierw toskański niesolony chleb a do tego prosciutto, mortadela, salami i pyszny ser, chyba pecorino. Tutaj przekonałam się, że z tak intensywnymi smakami da się zjeść to jałowe obrzydlistwo, no bo jakże to: chleb bez soli? Do popicia obowiązkowo wino i woda, można też było wybrać smakowity napój cedrowy. A potem zaczęło się słodkie rozpasanie. Nie dałam rady spróbować wszystkich smakołyków. Jak te kobiecinki to robiły? Pozostanie dla mnie tajemnicą. Ja już byłam pełna. Ale żeby móc strawić takie jedzenie najlepiej zapić likierkiem. Nie podano go niestety, za to przed wyjazdem wstąpiłam do sklepiku i zakupiłam wszystkie trzy smaki produkowane przez braciszków. W domu wypróbowaliśmy na razie jeden, jak najbardziej godny polecenia, trzeba koniecznie nie dać wyparować następnym!
A w poniedziałek rankiem zaczęłam w końcu malować. Zaś w południe wyruszyliśmy na wycieczkę w odwrotnym, niż w niedzielę, kierunku:  Gambassi Terme oraz Certaldo. To drugie nie było w planach, tylko gdy zobaczyłam drogowskaz z dystansem 9 km, nie byłam w stanie się oprzeć, by tam wrócić. Dlaczego Gambassi? Sama nie wiem, kiedyś w TV zobaczyłam jakieś zdjęcia i pomyślałam, że można by tam się wybrać. Nie ma tej miejscowości w popularnych przewodnikach. Jest miła do pospacerowania z psami. Nie weszliśmy, niestety, do wielkiego parku, bo tam spacerują kuracjusze z pobliskiego uzdrowiska a nie psy. Miasteczko zadbane, wiele ławeczek o różnorodnej formie, studnie i fontanny, ogródek sukulentowy, trzy cyprysy wciśnięte  przy wejściu do domu, ciche sjestą uliczki; wszystko skąpane w słońcu dawało przyjemny oddech.
    
    
       
Nie mogłam wyjść z zadziwienia, że 5. listopada spaceruję w lekkim sweterku. Psy wielce zadowolone hasały na pustym parkingu. Tylko Druso wydawał  się ciut niezadowolony naszym podglądactwem, gdy załatwiał swoją potrzebę. No dobra! Powiem prawdę: on zawsze ma taką atrakcyjną minę, gdy wydusza z siebie resztki.
    
No i Certaldo, miasto Bocacciego. Zero turystów, cisza, poniedziałkowe zamknięte drzwi do ratusza i baru z artystycznym cappuccino. Na dziedzińcu przed ratuszem jakiś smok wyskoczył ze zbroi.
Skoncentrowałam się więc na detalach, wejściu do jakiegoś warsztatu artystycznego, lampach, szyldzie namalowanym chyba przez malarza aktów, no bo może jestem niedouczona ale nie przypominam sobie takich antycznych ubiorów.
    
     
     
     
Nie udało mi się rozpoznać, co to za owoce. Może ktoś z Was wie?
Widoki ze wzgórza Certaldo stawiają oniemiałego człowieka wobec niemożności poruszenia się, tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. Nawet psiule doceniły miejsce, w które je zaciągnęliśmy. Zdarzyły sie psy, które aż skamieniały z zachwytu.
       
A same psy? No powiedzcie, czy też nadają się do podziwiania? Flip i Flap w psim wydaniu.
    
Ja to miałam jeszcze jeden powód do podziwiania (samej siebie), gdyż całą trasę w końcu przejechałam ja, jako kierowca. Udało mi się rozpoznać auto i dzięki temu już następnego dnia rozpoczęłam bardziej samodzielne życie w Italii. Najpierw rano pojechałam rowerem do najbliższego sklepu, a potem w południe myknęłam autem do Pistoi. A propos auta! Tatko, oto ono:
Wczorajszy dzień udomowiony. Sprzątanie i … ciasto na świąteczne pierniki. Właśnie to ostatnie sprowokowało mnie do samodzielnych zakupów. Znalazłam w internecie przepis na leżakujące kilka tygodni w chłodzie ciasto, bez przyprawy do pierników, wszystko oparte o składniki zmieszane samodzielnie. Ważne, że produkty do kupienia na miejscu. Surowe ciasto było tak pyszne, jak najlepsze smaki z dzieciństwa. Czy wy też wylizywaliście makutrę? Teraz tylko czekać do grudnia i piec na tydzień przed Świętami, by zdążyły zmięknąć. Zresztą powoli już Boże Narodzenie wciska się do głowy. Na ostatnią niedzielę listopada zaprosiłam cztery Włoszki na warsztaty decoupage, oczywiście w celu przygotowania ozdób. A z kolei wczoraj Ryszard zadzwonił z zaproszeniem do Treppio na żywą szopkę, paluszki oblizuję!
Ps. Już wiem, dzięki Pani Małgorzacie K. że te owoce należą do męczennicy inaczej passiflory. Dziękuję!
Odkrywam nowe nieznane lądy własnych możliwości. Kto by pomyślał jeszcze parę miesięcy temu, że jednego dnia przygotuję dwa dania ze świeżymi karczochami? Ja, która tak sobie gotowałam? Tatuś! Książka kucharska od Ciebie jest wspaniała a potrawy, według niej gotowane, niebo w gębie. Disiaj był omlet folorencki z karczochami oraz karczochy nadziewane mięsem. Trudno mi się zdecydować, któremu daniu przyznać palmę pierwszeństwa. Na pewno przyznaję złoty medal karczochom, wpisanym na listę ulubionych warzyw. A do tego ich bezdyskusyjna uroda! Mniam!

4 komentarze:

  1. Pani Małgosiu. Jak tylko mam czas, czytam, czytam, czytam. I zatapiam się ... " Odkrywam nowe nieznane lądy własnych możliwości"- cudnie napisane. A karczochów nigdy nie jadłam, muszę koniecznie nadrobić zaległości! Tylko te we Włoszech są inne, echh....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karczochy nadal są moją miłością, choć nie zawsze mam na nie ochotę. Wszystko może dlatego, że na plebanii, to głównie ja jestem ich zaciekłą amatorką :)

      Usuń
  2. Jaka to książka o kuchni włoskiej, pani Małgorzato?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotąd uważam, że to jedna z najlepszych pozycji polskojęzycznych. https://ksiegarnia.bellona.pl/?c=ksiazka&bid=2232

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *