Ostatnio dotarł do mnie zbiór wierszy pt. "Podróż do Sieny" Dariusza Zejca (wyd. Warszawska Firma Wydawnicza).
Nie jestem znawcą poezji, ale z zainteresowaniem przeczytałam niektóre wiersze, w których autor przedstawia nam się jako erudyta podróżujący po swoich emocjach, obserwacjach, historii, relacjach z ludźmi no i po krainach. Wiadomo, nie da rady wszystkich utworów przeczytać od razu, więc będę jeszcze do nich wracać.
Pod wpływem spotkania z poezją Dariusza Zejca zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze z naszych rodaków pisał wiersze o Toskanii? Wszak wielu literatów podróżowało przez tę krainę. Sama w prawej kolumnie wymieniłam książki niektórych z nich.
Znalazłam na razie Józefa Barana "Wiersze z Toskanii". Raptem trzy (Fotografujemy się z Adamem na tle Krzywej Wieży w Pizie, Westchnienie podróżne, Na plaży w Forte dei Marmi) . Może jest ich więcej?
Ponieważ i w przypadku Dariusza Zejca i Józefa Barana podejrzewam, że nie mogę opublikować ich wierszy, to tylko tyle piszę.
Jeśli znacie jakieś wiersze, proszę o wpisanie ich tytułów i autorów w komentarzach. Dobrze byłoby się podzielić poetyckim spojrzeniem na Toskanię, nieprawdaż?
PS. Nawet nie pomyślałam, że prośba o podanie tytułów i autorów zaowocuje powstaniem wiersza.
Oto reakcja Mumin-ki na Toskanię:
Witaj mój Piero-
Oto jestem przy Tobie stęskniona !
Przepływa Arno setkami lat - zmienia się świat -
Ty nie czekasz na mnie-
Nawet nie spojrzysz, nie odwrócisz głowy Federica...
...a jednak - onieśmielona, zawstydzona kochanka Twego Geniuszu
Przytulam swe oko do zimnej gabloty...
Od Pana Michała otrzymałam list z dwoma "toskańskimi" wierszami ks. Jana Sochonia, są to: "Jezus przy palu" oraz "W Toskanii" umieszczonymi w Zeszytach Literackich 87/2003
Ksiądz Stanisław podesłał mi tytuł i autora wiersza, treść znalazłam w internecie:
LITANIA FLORENCKA
BRANDSTAETTER, Roman (1906, Tarnów - 1987, Poznań)
Błogosławiony niech będzie
Klasztor San Marco,
W którym malował
Fra Angelico.
Błogosławione niech będą freski
Fra Angelica.
Błogosławiony niech będzie prymityw
Fra Angelica.
Błogosławiona niech będzie linia
Fra Angelica.
Błogosławiony niech będzie kolor
Fra Angelica.
O, Madonno z błękitnej palety
Fra Angelica.
O, Madonno obwiedziona przeźroczystą linią
Fra Angelica.
O, Madonno wypełniona mistycznym złotem
Fra Angelica.
O, Madonno uświęcona anielską prostotą
Fra Angelica.
O, Madonno ze ściennych fresków
Fra Angelica.
Módl się za nami, Którzy jesteśmy pustą i zmurszałą ścianą
Dwudziestego wieku.
Módl się za nami, Którzy jesteśmy tandetnym prymitywem
I zmąconą linią,
I brudnym kolorem,
I fałszywym złotem
Dwudziestego wieku.
Módl się za nami,
Którzy jesteśmy krwawiącą raną
Dwudziestego wieku.
Czekam na dalsze utwory.
środa, 3 listopada 2010
poniedziałek, 1 listopada 2010
SŁOWO SIĘ RZEKŁO, PISTOIA U PŁOTA
Obiecałam i postaram się zrealizować zamierzoną serię pistojską.
Zacznę od pytania "dlaczego Pistoia?"
Osoby, które bywają w Toskanii, z rzadka tu zaglądają. Przewodniki, zwłaszcza polskojęzyczne, zazwyczaj poświęcają jej tak niewiele miejsca, że faktycznie zniechęca to do odwiedzenia miasta. Czyżby niczego tu nie było? Żadnych atutów?
Pierwsze słowa, które zawsze przychodzą mi na myśl, to autentyczność i naturalność. Co wcale nie oznacza dla mnie, że bardziej znane toskaniki są sztuczne i niewarte odwiedzenia. Chodzi o to, że Pistoia w ciągu swojej długiej, sięgającej Etrusków, historii uniknęła na pewno jednej aneksji - aneksji turystów. Nie oni decydują o rytmie miejscowości.
Dopiero w tym mieście widać, że wiele imprez gdzie indziej spotykanych, wcale nie jest robionych "pod turystów", o czym niektórzy bywalcy Toskanii są bardzo przekonani. Trudno zresztą oddzielić w takim San Gimignano turystyczną nakładkę od życia codziennego, wszak i tam mieszkają ludzie z emocjami, żyjący dzięki turystom, czy też obok nich.
Zwiedzający ma niełatwe życie, ponieważ Pistoia jest pozbawiona otoczki turystycznej.
Musi się dostosować do zachowanego tu jeszcze włoskiego rytmu dnia, ze świętą sjestą nie do przejścia.
Musi zadowolić się jakimś otwartym kościołem i pogodzić z tym, że inny będzie zamknięty na cztery spusty.
Musi wiedzieć, że z aparatem fotograficznym lepiej nie wybierać się tu w środowe i sobotnie przedpołudnia, kiedy do katedry niemal wchodzą kramy z mydłem i powidłem.
W końcu, jeśli chce się zachwycić jednym z piękniejszych placów w Toskanii, to niech nie przyjeżdża w lipcu, gdyż przez cały miesiąc wypełnia go estrada, widownia czy też tor turnieju rycerskiego.
Słynne wina Chianti nikomu niemal nie kojarzą się z Pistoią, a to tu kończy się region zastrzeżony przez winne konsorcjum dla tej nazwy. I Pistoia ma więc swoich producentów Chianti.
Jako że to dość duże miasto, jak na warunki toskańskie - około 90 tys. mieszkańców - znajdziecie w nim i mniej atrakcyjne dzielnice, jak np. "zona industriale", gdzie się zgromadziły hurtownie, magazyny, sklepy przemysłowe. Niektóre takie miejsca są dla mnie i tak atrakcyjne, bo czyż nie może być fascynująca mała fabryczka połączona z hurtownią i sklepem, gdzie się konfekcjonuje szkło, gdzie można kupić bardzo oryginalne szklane naczynia za niskie kwoty.
Od północy Pistoię otulają wysokie góry (sięgające 2000 m n.p.m.), u podnóża których wykorzystując południową wystawę przysiadły gaje oliwne i małe winnice. Na południe od miasta rozciąga się niższy łańcuch górski, przez który trzeba się przebić, by dojechać np. do niedalekiego Vinci. Jazda tą trasą wzbudzała wiele emocji wśród moich znajomych, a u tych, którzy cierpią na chorobę lokomocyjną wzbudzała jeszcze i co innego. Osobiście wolę pokonywać tę niezliczoną ilość zakrętów jako kierowca, gdyż jako pasażer muszę się najczęściej salwować travel gum.
Nie wspomniałam jeszcze o tym, z czego najbardziej słynie miasto i jego okolice. Chodzi oczywiście o szkółki ogrodnicze, olbrzymie połacie pól porośnięte wszelką roślinnością sprzedawaną na cały świat. To właśnie położenie między dwoma łańcuchami górskimi sprzyja uprawom. Zdjęcia z nich pokazałam w tym wpisie.
O Pistoi mówi się, że to miasto ciszy, a to ze względu na panujący w nim spokój. Oczywiście ma swoje chwile wzmożonego ruchu i hałasu, mimo tego, jeśli chcecie napawać się pięknem włoskiej architektury bez obijania się o turystów zapatrzonych w kolejny zabytek, jeśli chcecie zobaczyć, jak żyją Toskańczycy - to tutaj!
To tyle na dzisiaj, jako zapowiedź. W następnych wpisach poświęconych Pistoi skoncentruję się oczywiście na jej starym mieście i sztuce, a ich zadatkiem niech będzie ten kolaż zdjęć.
Nie jest jednak tak, że dotąd milczałam zupełnie na temat miasta w którego frazione mieszkam, żeby to udowodnić zrobiłam mapę z zaznaczonymi miejscami już odwiedzonymi i odnośnikami do nich na blogu. Na tejże samej mapie będę sukcesywnie umieszczała wszelkie następne ulubione przeze mnie cudeńka Pistoi.
Było jeszcze tu na blogu kilka spacerów po Pistoi, wystarczy kliknąć kategorię "Pistoia", by pokazały się wszystkie wpisy w jakikolwiek sposób związane z tym miastem.
Za oknem ciągle deszcz, zaraz wychodzę na Mszę św. na cmentarzu. Potem jak znalazł przyda się herbata, o której napisałam poprzednio, wzbogacona o skórkę pomarańczy. Zupełnie zapomniałam o tym pysznym dodatku, którego mam mnóstwo, pyszniutkiego, słodziutkiego.
Zacznę od pytania "dlaczego Pistoia?"
Osoby, które bywają w Toskanii, z rzadka tu zaglądają. Przewodniki, zwłaszcza polskojęzyczne, zazwyczaj poświęcają jej tak niewiele miejsca, że faktycznie zniechęca to do odwiedzenia miasta. Czyżby niczego tu nie było? Żadnych atutów?
Pierwsze słowa, które zawsze przychodzą mi na myśl, to autentyczność i naturalność. Co wcale nie oznacza dla mnie, że bardziej znane toskaniki są sztuczne i niewarte odwiedzenia. Chodzi o to, że Pistoia w ciągu swojej długiej, sięgającej Etrusków, historii uniknęła na pewno jednej aneksji - aneksji turystów. Nie oni decydują o rytmie miejscowości.
Dopiero w tym mieście widać, że wiele imprez gdzie indziej spotykanych, wcale nie jest robionych "pod turystów", o czym niektórzy bywalcy Toskanii są bardzo przekonani. Trudno zresztą oddzielić w takim San Gimignano turystyczną nakładkę od życia codziennego, wszak i tam mieszkają ludzie z emocjami, żyjący dzięki turystom, czy też obok nich.
Zwiedzający ma niełatwe życie, ponieważ Pistoia jest pozbawiona otoczki turystycznej.
Musi się dostosować do zachowanego tu jeszcze włoskiego rytmu dnia, ze świętą sjestą nie do przejścia.
Musi zadowolić się jakimś otwartym kościołem i pogodzić z tym, że inny będzie zamknięty na cztery spusty.
Musi wiedzieć, że z aparatem fotograficznym lepiej nie wybierać się tu w środowe i sobotnie przedpołudnia, kiedy do katedry niemal wchodzą kramy z mydłem i powidłem.
W końcu, jeśli chce się zachwycić jednym z piękniejszych placów w Toskanii, to niech nie przyjeżdża w lipcu, gdyż przez cały miesiąc wypełnia go estrada, widownia czy też tor turnieju rycerskiego.
Słynne wina Chianti nikomu niemal nie kojarzą się z Pistoią, a to tu kończy się region zastrzeżony przez winne konsorcjum dla tej nazwy. I Pistoia ma więc swoich producentów Chianti.
Jako że to dość duże miasto, jak na warunki toskańskie - około 90 tys. mieszkańców - znajdziecie w nim i mniej atrakcyjne dzielnice, jak np. "zona industriale", gdzie się zgromadziły hurtownie, magazyny, sklepy przemysłowe. Niektóre takie miejsca są dla mnie i tak atrakcyjne, bo czyż nie może być fascynująca mała fabryczka połączona z hurtownią i sklepem, gdzie się konfekcjonuje szkło, gdzie można kupić bardzo oryginalne szklane naczynia za niskie kwoty.
Od północy Pistoię otulają wysokie góry (sięgające 2000 m n.p.m.), u podnóża których wykorzystując południową wystawę przysiadły gaje oliwne i małe winnice. Na południe od miasta rozciąga się niższy łańcuch górski, przez który trzeba się przebić, by dojechać np. do niedalekiego Vinci. Jazda tą trasą wzbudzała wiele emocji wśród moich znajomych, a u tych, którzy cierpią na chorobę lokomocyjną wzbudzała jeszcze i co innego. Osobiście wolę pokonywać tę niezliczoną ilość zakrętów jako kierowca, gdyż jako pasażer muszę się najczęściej salwować travel gum.
Nie wspomniałam jeszcze o tym, z czego najbardziej słynie miasto i jego okolice. Chodzi oczywiście o szkółki ogrodnicze, olbrzymie połacie pól porośnięte wszelką roślinnością sprzedawaną na cały świat. To właśnie położenie między dwoma łańcuchami górskimi sprzyja uprawom. Zdjęcia z nich pokazałam w tym wpisie.
O Pistoi mówi się, że to miasto ciszy, a to ze względu na panujący w nim spokój. Oczywiście ma swoje chwile wzmożonego ruchu i hałasu, mimo tego, jeśli chcecie napawać się pięknem włoskiej architektury bez obijania się o turystów zapatrzonych w kolejny zabytek, jeśli chcecie zobaczyć, jak żyją Toskańczycy - to tutaj!
To tyle na dzisiaj, jako zapowiedź. W następnych wpisach poświęconych Pistoi skoncentruję się oczywiście na jej starym mieście i sztuce, a ich zadatkiem niech będzie ten kolaż zdjęć.
Nie jest jednak tak, że dotąd milczałam zupełnie na temat miasta w którego frazione mieszkam, żeby to udowodnić zrobiłam mapę z zaznaczonymi miejscami już odwiedzonymi i odnośnikami do nich na blogu. Na tejże samej mapie będę sukcesywnie umieszczała wszelkie następne ulubione przeze mnie cudeńka Pistoi.
Było jeszcze tu na blogu kilka spacerów po Pistoi, wystarczy kliknąć kategorię "Pistoia", by pokazały się wszystkie wpisy w jakikolwiek sposób związane z tym miastem.
Za oknem ciągle deszcz, zaraz wychodzę na Mszę św. na cmentarzu. Potem jak znalazł przyda się herbata, o której napisałam poprzednio, wzbogacona o skórkę pomarańczy. Zupełnie zapomniałam o tym pysznym dodatku, którego mam mnóstwo, pyszniutkiego, słodziutkiego.
WIRTUALNA ROZMOWA
Od nie wiem kiedy, jestem w kontakcie z Emilią Sobieraj działającą w portalu Za^^działa. Swego czasu zostałam poproszona o wirtualną rozmowę, której efekty możecie przeczytać tutaj. Taka Matyjaszczyk, jeszcze ciutkę z innej strony.
niedziela, 31 października 2010
CO ROBIĆ W DESZCZOWĄ NIEDZIELĘ?
Pomysłów oczywiście mi nie brakuje, ale jeżozwierz zostawił ślady w moim gardle, usiłuję je wykrztusić i nie chciałam ryzykować spotkania z innymi zwierzątkami chorobotwórczymi. Na chwilę jednak wychyliłam nos z domu. Właściwie to zrobiłam dwa razy. Raz poszłam na Mszę św. a zaraz po niej wybrałam się wraz z Krzysztofem do Punktu Informacji Turystycznej w Pistoi.
Dziwny zdaje się być cel wyjścia? Wszak materiałów mi nie brakuje. Kinga przypomniała mi, jak bardzo zalegam z opisaniem Pistoi. Przyznacie jednak, że dobrze jest poznać osobiście pracownika takiej instytucji? Tym bardziej, gdy to on pisze z zaproszeniem.
Około tygodnia temu dostałam poprzez facebooka list od niego. Znalazł mnie zainspirowany wizytami polskich turystów. Ktoś mu pokazał moją książkę, myślał, że napisałam o tym miejscu, ale tu nie mieszkam, lecz zapraszał, jeśli pojawię się znowu w okolicy. Ucieszył się po otrzymaniu mojej odpowiedzi i tak oto spotkałam się z Paolo dziś osobiście. Bardzo miły człowiek, fascynat swojego miasta oraz jego okolic.
Był sam w biurze, myślałam, że nie potrzeba im więcej pracowników, bo kto by w deszczową niedzielę zawitał turystycznie do Pistoi? Jakież było moje zaskoczenie, ciągle przerywano nam rozmowę, turyści pytali się, co mogą tu zwiedzić, gdzie zjeść, prosili o plan miasta, plan imprez w najbliższym czasie. Do południa w biurze pojawiło się kilkaset osób.
Już się dowiedziałam od niego ciekawostki o samym pomieszczeniu biura. Ale o tym kiedy indziej, tym razem nie zabrałam aparatu, poza tym cały budynek byłego pałacu biskupiego jest wart osobnego wpisu, a jeszcze nie widziałam całości.
Dostaliśmy od Paolo nowiuśkie propozycje ścieżek turystycznych po Pistoi i okolicach. Jeszcze nie zdążylismy ich schować, gdy już się znaleźli chętni na nasze prezenty. Uśmialiśmy się, gdy Paolo powiedział, że to dla dziennikarzy, a my takimi jesteśmy, na potwierdzenie czego pokazał dwie moje książki. A te zabrałam, by je podarować.
Paolo jest zadowolony promocją miasta, jaką zupełnie niezamierzenie zrobiłam swoim pisaniem, a ja się cieszę z poznania takiego człowieka zainteresowanego Pistoią. A niełatwo promować miasto wciśnięte pomiędzy Florencję a Lukkę, w którym kościołów nie pozostawia się otwartych dla turystów, a które ma tyle do zaoferowania. Ile? Obiecuję w końcu wziąć się za udowodnienie Wam zalet Pistoi.
A że za oknem dalej pada, to polecam wszystkim czarną herbatę z dodatkami przypraw. Zbliża się czas zaczynienia ciasta na pierniki i przypomniałam sobie, jak moi goście imieninowi byli zaskoczeni i zachwyceni smakiem herbaty z przyprawami. Proponuję odrobinę cynamonu, goździków, imbiru i (maluśko) świeżo zmielonego pieprzu. Ja słodzę, no niestety jakoś ciągle ulegam białej słabości.
Dziwny zdaje się być cel wyjścia? Wszak materiałów mi nie brakuje. Kinga przypomniała mi, jak bardzo zalegam z opisaniem Pistoi. Przyznacie jednak, że dobrze jest poznać osobiście pracownika takiej instytucji? Tym bardziej, gdy to on pisze z zaproszeniem.
Około tygodnia temu dostałam poprzez facebooka list od niego. Znalazł mnie zainspirowany wizytami polskich turystów. Ktoś mu pokazał moją książkę, myślał, że napisałam o tym miejscu, ale tu nie mieszkam, lecz zapraszał, jeśli pojawię się znowu w okolicy. Ucieszył się po otrzymaniu mojej odpowiedzi i tak oto spotkałam się z Paolo dziś osobiście. Bardzo miły człowiek, fascynat swojego miasta oraz jego okolic.
Był sam w biurze, myślałam, że nie potrzeba im więcej pracowników, bo kto by w deszczową niedzielę zawitał turystycznie do Pistoi? Jakież było moje zaskoczenie, ciągle przerywano nam rozmowę, turyści pytali się, co mogą tu zwiedzić, gdzie zjeść, prosili o plan miasta, plan imprez w najbliższym czasie. Do południa w biurze pojawiło się kilkaset osób.
Już się dowiedziałam od niego ciekawostki o samym pomieszczeniu biura. Ale o tym kiedy indziej, tym razem nie zabrałam aparatu, poza tym cały budynek byłego pałacu biskupiego jest wart osobnego wpisu, a jeszcze nie widziałam całości.
Dostaliśmy od Paolo nowiuśkie propozycje ścieżek turystycznych po Pistoi i okolicach. Jeszcze nie zdążylismy ich schować, gdy już się znaleźli chętni na nasze prezenty. Uśmialiśmy się, gdy Paolo powiedział, że to dla dziennikarzy, a my takimi jesteśmy, na potwierdzenie czego pokazał dwie moje książki. A te zabrałam, by je podarować.
Paolo jest zadowolony promocją miasta, jaką zupełnie niezamierzenie zrobiłam swoim pisaniem, a ja się cieszę z poznania takiego człowieka zainteresowanego Pistoią. A niełatwo promować miasto wciśnięte pomiędzy Florencję a Lukkę, w którym kościołów nie pozostawia się otwartych dla turystów, a które ma tyle do zaoferowania. Ile? Obiecuję w końcu wziąć się za udowodnienie Wam zalet Pistoi.
A że za oknem dalej pada, to polecam wszystkim czarną herbatę z dodatkami przypraw. Zbliża się czas zaczynienia ciasta na pierniki i przypomniałam sobie, jak moi goście imieninowi byli zaskoczeni i zachwyceni smakiem herbaty z przyprawami. Proponuję odrobinę cynamonu, goździków, imbiru i (maluśko) świeżo zmielonego pieprzu. Ja słodzę, no niestety jakoś ciągle ulegam białej słabości.
czwartek, 28 października 2010
DIAGNOZA: CHORÓBSKO
Jakiś jeżozwierz zasiedlił się w moim gardle osłabiając przy tym możność i chęć pracy. Zabrałam się więc w końcu za porządki blogowe. Nareszcie dokupiłam miejsce na koncie i zgromadziłam już obydwie jego części tutaj, postaram się jeszcze przenieść tu zapiski ze strony domowej. To jednak potrwa dłużej, bo nie mogę się posłużyć mechanizmem importowania bloga.
Z jednej strony fajnie tak trochę spowolnić rytm, z drugiej świeczki czekają na powstanie. Ale na razie wszystko pod kontrolą, niech się osoby zamawiające nie obawiają. Znaczna część zresztą już wykonana.
PS.
Skończyłam klejenie. Całość od początku w jednym miejscu. Jeszcze poopisuję kategorie, zrobię pewne porządki, ale tak czy siak, wszystko jest już razem.
PS.
Skończyłam klejenie. Całość od początku w jednym miejscu. Jeszcze poopisuję kategorie, zrobię pewne porządki, ale tak czy siak, wszystko jest już razem.
wtorek, 26 października 2010
BAT NA ROZWYDRZONE DZIECI z serii "Florencka włóczęga"
Skoro już trafiłam z włóczęgą na Piazza Santissima Annunziata i wspomniałam w poprzednim wpisie o bawiących się na placu dzieciach, to powiążę te dwa fakty ze sobą.
Stańmy pośrodku placu, tyłem do kościoła. Przed nami widać tył pomnika Ferdynanda I Medyceusza autorstwa Giambolgny. Na postumencie z tej strony widzimy tablicę z napisem "majestate tantum" oraz reliefem pszczół centrycznie zgrupowanych wokół królowej matki. Miało to symbolizować Wielkiego Księcia Toskanii, wokół którego zgromadzony jest lud, pracowity, pokojowo nastawiony.
Jak widać na zdjęciu niełatwo jest policzyć te pszczoły, co wykorzystywali rodzice kapryśnych i uparcie czegoś żądających dzieci. Przyprowadzali dzieci na tył pomnika obiecując im, że zapłacą za każdą ich zachciankę, jeśli podadzą prawidłową liczbę pszczół widocznych na postumencie.
Według kronik jest ich 91, ja nie liczyłam :)
Stańmy pośrodku placu, tyłem do kościoła. Przed nami widać tył pomnika Ferdynanda I Medyceusza autorstwa Giambolgny. Na postumencie z tej strony widzimy tablicę z napisem "majestate tantum" oraz reliefem pszczół centrycznie zgrupowanych wokół królowej matki. Miało to symbolizować Wielkiego Księcia Toskanii, wokół którego zgromadzony jest lud, pracowity, pokojowo nastawiony.
Jak widać na zdjęciu niełatwo jest policzyć te pszczoły, co wykorzystywali rodzice kapryśnych i uparcie czegoś żądających dzieci. Przyprowadzali dzieci na tył pomnika obiecując im, że zapłacą za każdą ich zachciankę, jeśli podadzą prawidłową liczbę pszczół widocznych na postumencie.
Według kronik jest ich 91, ja nie liczyłam :)
Etykiety:
Florencja Firenze,
florencka włóczęga
Lokalizacja:
pomnik Ferdynanda
niedziela, 24 października 2010
PENELOPE FIORENITINA z serii "Florencka włóczęga"
W dawnych czasach pewna piękna młoda kobieta zaślubiona została młodzieńcowi z rodu Grifoni. Po ślubie przeprowadziła się do domu swojego ukochanego, który mieści się w jednym z narożników Piazza Santissima Annunziata. Szczęście małżonków nie trwało długo, niespełna rok, gdy nadeszło wezwanie do udziału w wojnie.
Dziewczyna stojąc w oknie cała we łzach żegnała swego męża , który w pełnym rynsztunku oddalał się od palazzo. Od tego smutnego dnia młoda żona większość czasu spędzała w oknie, siedząc na kamiennej ławce tam ustawionej. Monotonne dni płynęły nieubłaganie, przynoszone przez kupców i pielgrzymów wieści z pola walki były niejasne. Kobieta nie popadała w rozpacz i cierpliwie czekała.
Mijały miesiące, mijały lata i stało się oczywiste dla żony, że jej mąż nie wróci.
Żona, już niemłoda, ciągle jednak przesiadywała w oknie. Staruszką będąc obserwowała świat z tej jednej perspektywy, widziała dzieci bawiące się na placu, kupców zachwalających swój towar, wieśniaków przywożących plony swojej pracy. Pod powiekami jednak miała obraz bogato uzbrojonego rycerza, który pod sztandarem z gryfonem odjeżdża na wojnę.
Tak jak większość swego życia spędziła w oknie tak i tam umarła. Gdy zabierano jej ciało, ktoś zamknął okno i wtedy zaczęły dziać się rzeczy nadzwyczajne, książki fruwały, meble tańczyły, światła gasły, obrazy spadały; silny, zimny wiatr wył w pokoju.
Krewni wielce się przestraszyli, ale gdy tylko otworzyli okno na nowo, wszystko ustało.
Od tego czasu okno na pierwszym piętrze Palazzo Budini-Gattai zwanego Grifoni, w samym prawym rogu, obok marmurowej stemmy, pozostaje zawsze otwarte, znak wielkiej miłości kobiety, która nie doczekała, jak mityczna Penelopa, powrotu swojego męża.
Dziewczyna stojąc w oknie cała we łzach żegnała swego męża , który w pełnym rynsztunku oddalał się od palazzo. Od tego smutnego dnia młoda żona większość czasu spędzała w oknie, siedząc na kamiennej ławce tam ustawionej. Monotonne dni płynęły nieubłaganie, przynoszone przez kupców i pielgrzymów wieści z pola walki były niejasne. Kobieta nie popadała w rozpacz i cierpliwie czekała.
Mijały miesiące, mijały lata i stało się oczywiste dla żony, że jej mąż nie wróci.
Żona, już niemłoda, ciągle jednak przesiadywała w oknie. Staruszką będąc obserwowała świat z tej jednej perspektywy, widziała dzieci bawiące się na placu, kupców zachwalających swój towar, wieśniaków przywożących plony swojej pracy. Pod powiekami jednak miała obraz bogato uzbrojonego rycerza, który pod sztandarem z gryfonem odjeżdża na wojnę.
Tak jak większość swego życia spędziła w oknie tak i tam umarła. Gdy zabierano jej ciało, ktoś zamknął okno i wtedy zaczęły dziać się rzeczy nadzwyczajne, książki fruwały, meble tańczyły, światła gasły, obrazy spadały; silny, zimny wiatr wył w pokoju.
Krewni wielce się przestraszyli, ale gdy tylko otworzyli okno na nowo, wszystko ustało.
Od tego czasu okno na pierwszym piętrze Palazzo Budini-Gattai zwanego Grifoni, w samym prawym rogu, obok marmurowej stemmy, pozostaje zawsze otwarte, znak wielkiej miłości kobiety, która nie doczekała, jak mityczna Penelopa, powrotu swojego męża.
Etykiety:
Florencja Firenze,
florencka włóczęga
Lokalizacja:
narożnik Palazzo Grifoni
Subskrybuj:
Posty (Atom)


