wtorek, 15 listopada 2011

APTEKA DLA TURYSTÓW

W minioną sobotę wybrałam się na rynek. Potrzebowałam kwiatów przed dom, a przy okazji wypatrzyłam niebieską torbę o odcieniu kilka tonów ciemniejszym od szala, który dostałam na imieniny. Zawsze, gdy przechodzę koło punktu informacji turystycznej zaglądam, czy jest tam Paolo (o nim pisałam tutaj).
Stary Pałac Biskupi. Daszek na narożniku wyznacza pomieszczenia dawnej apteki.

Ucieszył się na moją wizytę. Mówił, że w tym roku było mnóstwo Polaków. Zaczynają więc myśleć o promocji Pistoi w Polsce. Myśli nawet o jakiejś współpracy. Nie zapieram się, że nie, z chęcią bym im pomogła. 
Ale ja nie o tym. O samym biurze chciałam napisać, a właściwie o jego suficie. W tym miejscu przez wieki mieściła się biskupia apteka zwana de'Ferri. Założył ją Andrea Franchi w 1397 roku. Określenie "biskupia" wzięło się stąd, że lokal mieścił się na parterze starego pałacu biskupiego (dzisiaj nazywanego Pałacem Landini). A nazwa de' Ferri pochodzi od żelaznej barierki.  Apteka, wraz z nazwą, przeniosła się na via Pacini w 1974 roku!
Oto sufit, który nieodmiennie mnie zachwyca:

poniedziałek, 14 listopada 2011

LATO

Wcale mi się w głowie nie pomieszało. Niby tydzień temu pisałam o ostatnich promieniach jesieni, ale okazało się, że właśnie mamy lato.
Lato Św.Marcina.
Niedawno dowiedziałam się, że tak tutaj określa się ocieplenie po wstępnym jesiennym ochłodzeniu. Poszperałam, skąd taka nazwa. Otóż ma ona związek ze świętym, który, jak zapewne Wam wiadomo, podzielił się swoim płaszczem z biednym człowiekiem. Ludność chciała widzieć więc listopadowe ocieplenie jako reakcję Boga - dar słońca, by święty nie zmarzł. To trochę taki odpowiednik Babiego Lata w Polsce. Noce już chłodne, ale dni piękne ciepłem i słońcem.
A skoro św. Marcin, to nie mogłam zareagować na znaleziony na blogu "Moje wypieki" przepis na rogale marcińskie. Pamiętajcie, prawie połowę swojego życia mieszkałam w Poznaniu, lub jego okolicach, wiem więc za jakim smakiem tęsknię 11 listopada.  Wiedziałam, że od razu muszę odpuścić biały mak, bo nie zmielę. Pozostała gotowa masa makowa. A marcepan? Naiwnie byłam przekonana, że skoro w sklepie są towary z innych regionów Włoch, to z marcepanem problemu nie będzie. I się pomyliłam. Na szczęście okazało się, że marcepan wcale nie jest taki trudny do samodzielnego wyrobu. Na wielu polskich stronach krążą przepisy. Wydawało się to proste: zmielić migdały, dodać cukru pudru, jajko itd. Ale mój robot rzęził i nie chciał zamienić drobinek w lepką tłustą masę. Doczytałam, że na południu Italii dodawano wodę pomarańczową i raczej nie chodzi o napój gazowany, tylko destylowany. Pod ręką miałam rosolio mandarynkowe i dolałam jego odrobinę. Marcepan palce lizać!
Potem wystarczyło zaplanować popołudnie tak, by mniej więcej co pół godziny powałkować ciasto, a następnego dnia ... miałam mały Poznań w San Pantaleo.
Przyznam, że rogale wyszły tak pyszne, iż żal było się nimi nie podzielić. W piątek wieczorem jako "kulturalno oświatowa" wymyśliłam babskie spotkanie w kinie, przy okazji tylko w polskim gronie, jeno film angielski "Johny English". Niestety film okazał się nie za bardzo śmieszny, ale nie popsuło to nam przyjemności spotkania.

środa, 9 listopada 2011

MISTERNE MINIMUM

A Krzysztof mówił, że za trudna ta zagadka, nie zna Was, Moi Drodzy Czytelnicy! Choć przyznam, że i ja byłam zaskoczona tym, że już pierwsza osoba trafiła bezbłędnie. Tak szybko i tak trafnie! Oczywiście więcej osób napisało poprawnie, podając jeszcze dokładniej lokalizację. Ociągałam się z rozwiązaniem konkursu, bo tak miło było czytać Wasze odpowiedzi. Oczywiście mozaika może kojarzyć się z wieloma miejscami, ale niebieska gama barwna i koliste formy podsunęły prawidłową odpowiedź już pierwszemu uczestnikowi konkursu. Gratuluję! Małgorzato W., poproszę o kontakt na maila i prawdziwy adres pocztowy, żebym mogła dotrzymać słowa. Nie powiem jednak skąd nadejdzie pocztówka :)

A teraz jedziemy do Rawenny, a właściwie najpierw do Forli.  Koleżanka miała podbramkową sytuację i szukała kogoś, kto odwiózłby jej mamę na lotnisko. Sami wiecie, że tak jak lubię zwiedzać i odwiedzać, tak nie lubię się przemieszczać, zwłaszcza jako kierowca. Wie to i Krzysztof, dlatego wziął na siebie rolę kierowcy. A ja pomyślałam: skoro już, to może by tak "skubnąć" Rawennę? Nigdy w niej nie byłam,  a nie wiadomo kiedy się tam wybiorę. Odwieźliśmy więc mamę Asi na lotnisko, a sami zrobiliśmy mały skok ku  mozaikom.
Czasu za wiele nie było, całą swoją uwagę skoncentrowaliśmy na Bazylice św. Witalisa. 
Nieprzygotowany turysta może się tam pogubić, bo w wejściu na teren całego kompleksu znajduje się kasa, ale z biletami do Muzeum Narodowego. Uczciwie jednak powiedziano, że to nie o nich nam chodzi. . Podwórzem dotarliśmy do innego budynku z odpowiednią kasą.
Poprowadzenie zwiedzających przez piękny krużganek miało swój sens.
Wyciszyło, odcięło od świata zewnętrznego, ale i tak nie przygotowało na to, co jest głównym celem turystów przyjeżdżających do Rawenny. Zastosuję ten chwyt i pokażę jeszcze jeden krużganek, bo potem nic już nie może uratować od wstrzymania oddechu. Ten drugi krużganek znajduje się na prawo przed wejściem do samej bazyliki. Pełno w nim starożytnych płyt nagrobnych z interesującymi portretami.
W końcu jednak stanęliśmy u szczytu schodów prowadzących do narteksu, przedziwnie skośnie wybudowanego w stosunku do osi określonej przez prezbiterium.
 Na planie wygląda jak bezmyślnie ułożony klocek. Burzy poczucie równowagi.
http://chestofbooks.com/architecture/James-Fergusson/Illustrated-Handbook-of-Architecture---Christian-Architecture/scaled/s-392-P.jpg
I różnica poziomów i przedziwne ulokowanie tego swoistego przedsionka, które w późniejszej architekturze sakralnej przerodziło się w kruchtę, wskazywało na odległość czasową między zabudowaniami prowadzącymi do absolutnie zachwycającej Bazyliki San Vitale.
I nawet jeśli kogoś nie zachwyca, to mnie i tak zachwyca. Takiego spotkania z Bizancjum jeszcze nie zaznałam. Dobrze, że prezbiterium ze słynnymi mozaikami jest dokładnie po drugiej stronie wejścia, w przeciwnym razie zapomniałabym przyjrzeć się wnętrzu kościoła.
Samemu w sobie fascynującemu.
Mimo nazwy "bazylika" nie ma tu podłużnej formy prostokąta w planie. Zapewne nazwa wzięła się więc z funkcji.
A forma? Wielokąt ośmioboczny w rzucie, z "dodatkami" - prezbiterium, wieżami. Cała przestrzeń ograniczona tym planem to niezwykła gra kolumn i empor okrążających stojącego w środku człowieka. Na to nałożone freski, reflektory podświetlające łuki - szaleństwo.
W głowie się kręci. Zaczynam rozumieć, czemu Bizancjum wybrało formę centralną nawiązującą do kaplic grobowych. Świat zmarłych wydaje się lepiej reprezentować Transcendencję, nie możemy go poznać za życia, możemy w niego wierzyć, tak jak możemy wierzyć w Boga.  Mistycyzm niemal odczuwalnie krąży po wczesnochrześcijańskiej budowli.
Na podłodze przepiękne mozaiki tworzą zaskakujące wprowadzenie do tego, co zobaczyłam prezbiterium. Ich skromna kolorystyka kontrastuje  z tym, co czeka idącego ku prezbiterium.
Wiem, wiem, mogłam się przecież spodziewać pięknych i kunsztownych obrazów.
Wszak orszaki cesarskiej pary są bardzo spopularyzowane. A jednak!
Bo chodzi mi o zieleń! Bo ona mnie oszołomiła, totalnie zaskoczyła.
Orszak Justyniania i Teodory wbił mi się w pamięć złotem i brązami.
Nie zgłębiałam dotąd tego, co UNESCO uznało za godne patronatu. Istne zagłębie mozaiki!
Ależ maestria! Mimo, że mozaikarzom chrześcijańskim nie chodziło o dekorację malarską, tak jak tym rzymskim, starożytnym, nie stosowali więc tak drobniutkich kamyczków, jakich poprzednicy, to jednak ich dzieło ma niezwykłe walory malarskie. Tchnie misterną pracą, ale też i czymś więcej. Pięknem formy, pięknem wiary
Zazdrościłam po części pani, która położyła się na podłodze, by zrobić zdjęcia.
Ja, jak zwykle, byłam w spódnicy, nici z takiej przyjemności. Zapewne jednak trudno byłoby mnie podnieść z podłogi, mogłabym tam leżeć godzinami. I straciłabym następną ucztę - Mauzoleum Galli Placydii - niepozorną budowlę, stojącą w cieniu oszałamiającej bazyliki.
Zastanowił mnie tylko napis, że ze względu na specyficzny mikroklimat wolno tam przebywać 5 minut. Ludzie! Pięć minut na takie cuda?
Nigdy nie osiągnę poziomu tego, czym pokryte jest sklepienie, ale nie mogłam się opanować, by choć czegoś malutkiego, niebieskiego, z okrągłymi formami nie popełnić. Rozumiecie mnie?
Rozumiecie też niesamowity niedosyt, żal, że tych ośmiu obiektów z Rawenny nie mam bliżej?
Muszę tam wrócić.

wtorek, 8 listopada 2011

KTO LUBI OTRZYMYWAĆ POCZTÓWKI?

Szukam osoby, która lubi znajdować w swojej skrzynce kartkę pocztową. Warunkiem jest rozwiązanie zagadki i bycie pierwszą osobą, którą odpowie na pytanie:
Jakim miejscem zainspirowałam się robiąc tę świecę? 
Podpowiem tylko, że nie pisałam jeszcze o tym miejscu. Byłam tam 26 października, ale z wpisem czekałam na zrobienie świecy i ogłoszenie konkursu. Kartkę wyślę też z niespodziewanego miejsca, o którym też jeszcze tu nie pisałam. Jadę tam za tydzień, więc do tego czasu czekam na rozwiązanie zagadki.  Liczą się tylko te wpisane pod postem, nie w mailach, nie na FB.

poniedziałek, 7 listopada 2011

OSTATNIE PROMIENIE JESIENI

Jedno zdjęcie. Zobaczyłam gdzieś w necie aleję platanów z murów Lukki i zamarzyłam o brnięciu przez opadłe liście.
Od dwóch dni padało, gdzieś tam jednak nieśmiało tliła się nadzieja na spacer w tym miejscu. Niedzielny poranek ciepły, ale bez deszczu - zdecydował. Parasol był niepotrzebny!
Po obiedzie spakowaliśmy wszystkie łapy i pojechaliśmy do Lukki żegnani przez deszcz. 
Nadzieja nagrodzona!
W Lukce przywitało nas słońce.
Myślałam, że w związku z niepewną pogodą i trwającą jeszcze sjestą mury będą spokojnym deptakiem.
Ba!
Nie przewidziałam, że i inni tak pomyślą, no i że akurat tego dnia odbędą się mistrzostwa Europy w kolarstwie krosowym.
Część toru została utworzona właśnie na murach. Dla organizatorów to nie problem, gdy kolarzy nie było w pobliżu, można było spokojnie przejść przez tor, by kontynuować spacer.
W starej Lukce rower to zwyczajny widok, a mury są wspaniałym miejscem na przejażdżki, 4,22 km szerokiej asfaltowej alei aż korcą.
Zdarzyło się połączenie rowerzysty z biegnącym psem, najczęściej jednak właściciele psów wybierają pieszą wędrówkę.
Należeliśmy do tej grupy. Z tego powodu trudno było mi robić zdjęcia, gdyż Druso szalał ze szczęścia spotykając wielu kolegów. Szarpał smycz i piszczał z radości.
Niestraszne były mu żadne psy, zrejterował tylko pod lwem.
Nie przeszliśmy całej trasy. Zaczęliśmy od Porta San Donato, a ja koniecznie chciałam zobaczyć katedrę z murów, by potem przejść miastem.
Zawsze coś w nim zatrzyma oko.
Niezwykłe drzwi z rewelacyjnymi kołatkami i dzwonkami (te dwie klamki z numerami lokali)
Oraz fasada kościoła Santa Maria Forisportam.
Jedna wystawa to przypomnienie o przygotowaniu ciasta na pierniczki:

Tłumy na murach, tłumy wewnątrz murów, a ja cała zadowolona, bo gapienie się na ludzi to moja wielka słabość. Na ich zachowanie, ubiory, miny, gesty, itp., itd. Pewnie to pozostałość po czasach, gdy zbierałam takie obserwacje na potrzeby teatralne.
Dobry, niedzielny spacer.
Może to nie jest polska złota jesień, ale w liściach brodziłam, kasztany zebrałam :)


sobota, 5 listopada 2011

OTULENIE

Do poprzedniego wpisu nijak już nie umiałam dopiąć jesiennych zdjęć. A nie mogę ich tak zostawić  w komputerze. Niebywałe, jak światło listopadowe wyłagodziło panoramę Florencji. Mam wrażenie, że miasto ubrało się w ciepły, ale jeszcze lekki szalik. I tak przymilnie owija mi się wokół serca.

ŻYCIE ODBITE W CMENTARZU

Ostatnie dni byliśmy rozpieszczani słońcem, potrafiło tak ogrzać duszę, że nadchodząca zima wydaje się nierealna. Dzięki temu mogliśmy z powrotem wrócić do tradycji Dnia Zadusznego i pojechać na jeden z florenckich cmentarzy - do "Świętych Bram" przy kościele San Miniato Al Monte. Dla Krzysztofa był to pierwszy raz, dla mnie - nie :) Może właśnie dzięki temu zobaczyłam cmentarz jako miejsce świadczące o życiu.
Każdy z nas uczył się na lekcjach historii, że wiedza  o najodleglejszych nam czasowo cywilizacjach kryje się w materialnych znaleziskach. Nie mam pojęcia, jak się rzecz ma statystycznie, ale zapewne dużo tak pozyskanych informacji dostarczają wszelkiego rodzaju nekropolie. Pomyślałam więc, by tak spojrzeć na Cimitero delle Porte Sante. Czy panuje na nim tylko cisza? Czy ma mi coś do opowiedzenia o ludziach nie tylko tu pochowanych, ale i ich rodzinach i czasach im współczesnych?
Jeszcze nie przekroczyliśmy bramy, a już zyskujemy pierwszą informację, że grzebie się tu jakieś znaczące osoby. No bo nie podejrzewam, by zwykłego śmiertelnika na wieczny spoczynek wiózł karawan marki Jaguar. Stanęłam w drzwiach świątyni, by nie przeszkadzać żałobnikom, ale i ten widok potwierdził moje przypuszczenia: trzech księży, prostota okazania trumny wprost na podłodze kazały przypuszczać, że zmarły trafi do jednej z rodowych kaplic.
Tak też się stało, choć przyznam, że nie mogę zrozumieć strony formalnej ostatniej części uroczystości pogrzebowych. Otóż już od dłuższego czasu chodziliśmy po cmentarzu, gdy nagle dosyć szybko minęli nas grabarze niosący trumnę. Rozglądałam się osłupiała za żałobnikami. Gdzie oni są? Cement potrzebny do zamurowania płyty był rozrabiany zaraz obok pięknej kaplicy, "łapiduchy" ubrani byle jak, szybko zmierzyli trumnę  i okazało się, że stanął in ma przeszkodzie klęcznik, więc go zniszczyli. Tyle zdążyliśmy zaobserwować, gdyż w końcu na miejsce dotarli żałobnicy. Usunęliśmy się dyskretnie, ale widać nie tylko nam nie dawało spokoju to, co zobaczyliśmy. Zaczepiła nas jakaś Amerykanka i prosiła o wyjaśnienie, zapewne i na niej piorunujące wrażenie wywarł kontrast między jaguarem (a jakże! spostrzegła) a samym pochówkiem. Czy to przedsiębiorstwo pogrzebowe wykorzystuje delikatność sytuacji i nie przykłada się do oprawy, bo nikt z żałobników nie ma do tego głowy i nie zwróci im uwagi. A może faktycznie Toskańczykom nie zależy na odpowiednio uroczystym (w moim pojęciu) pochówku?
To i tak dobrze, że rodzina miała swoją kaplicę i była pewna miejsca.
I tu nastąpi makabryczna dygresja:
Kilka tygodni temu w naszej parafii nie dokonano pochówku zaraz po Mszy św., gdyż nie znaleziono grobu z dostatecznie rozłożonymi zwłokami. Tak, tak! Otóż ziemne groby na naszym cmentarzu po 10 latach likwiduje się robiąc miejsce następnemu zmarłemu. Szczątki poprzedniego nieboszczyka zsypuje się do urny i chowa w ossarium. Ponoć coraz częściej trafia się na nierozłożone jeszcze zwłoki, a takie muszą zostać w grobie. Przed wspomnianym przeze mnie pogrzebem sprawdzono dwa groby i nie było już czasu na szukanie lokum nadającego się do "powtórnego zagospodarowania", rodzina pochowała bliskiego dopiero następnego dnia. Ktoś nam kiedyś mówił, że zwłoki nie chcą się rozkładać z powodu zbyt dużej ilości konserwantów w jedzeniu. 
Zdarzyło się też naszej parafiance, że przyszła na grób, a zastała dziurę. Ponoć nikogo osobiście nie powiadamia się o ekshumacji szczątków, należy się spodziewać, że po 10 latach nie zastaniemy grobu. Po urnę trzeba się udać do gminy, która zawiaduje ziemnymi pochówkami i ma swoje ossarium na komunalnym cmentarzu.
Po tych przypadkach już rozumiem, dlaczego nie stawia się tutaj pełnych nagrobków, tylko najczęściej używa się kamyczków. To praktyczna strona - po co ładować pieniądze w kamienny pomnik, gdy ma zostać usunięty po 10 latach?
Cmentarz przy kościele San Miniato raczej nie ma takich tymczasowych ziemnych grobów. Całe kwatery bywają wyłożone płytami, ściśle jedna przy drugiej, co też może być dla nas poruszające, gdyż przejście do grobu w środku siłą musi odbyć się po zewnętrznych grobach.

Czyżby Włosi mieli inną granicę szacunku dla zwłok? Chyba tak. Może świadczą też o tym zwłoki ludzi uznanych za świętych nagminnie wystawiane na widok publiczny?

Nekropolie włoskie bardzo często mają stałe granice, wytyczone przed wieloma latami, nie ulegają zmianom. A jednak przybywa w nich grobów. Jest to możliwe dzięki zagospodarowaniu trzeciego wymiaru, jakim jest wysokość. Stąd konstrukcje zwane gołębnikami lub (o zgrozo!) piecami. Myślę, że mamy do czynienia z uwspółcześnioną wersją idei katakumb. Byłam przekonana, że w tej florenckiej nekropolii można złożyć kogoś zmarłego współcześnie tylko do już istniejących kaplic i grobów, a jednak nie. Trafiliśmy na colombaria, których położenie przypomina tufowe podziemia pod Rzymem.
Zazwyczaj mury z grobami to swoiste budynki naziemne, camposanto przy San Miniato ukryło sporą kwaterę współczesnych grobów ściennych poniżej poziomu kościoła, po prawej stronie za miejscem spoczynku znamienitych florentczyków

Dziewiętnastowieczny cmentarz to niemy świadek historii fotografii. Jej powstanie datuje się na 1839 rok, więc możemy obserwować jak nowy środek zostaje użyty przez rodziny pragnące zachować w pamięci wizerunek zmarłego. Pierwsze nagrobki z San Miniato stanowią jeszcze przykład użycia wielowiekowego medium dominującego na cmentarzach - rzeźby. Czy tylko fotografia przyczyniła się do ustąpienia rzeźby? Co się stało, że współczesne formy nagrobków są takie proste, oddarte z treści? Choćby najbardziej wzruszająca fotografia nie zatrzyma mnie na tak długo, jak kamienna kompozycja pokazująca rodzeństwo. Braciszka twarz przesłania już kir, a siostra dąży ku niemu porzucając swoje zabawki (lalka, rakieta do tenisa), książki i mebelki.
Albo te bobasy na poduszkach? Nie znam bólu matek tracących noworodki, ale znam takie matki. Czy chciałyby w ten sposób wyrazić całą miłość niespełnioną, czy wolałyby zdjęcie?
Oczywiście i w zdjęciach jest dużo treści, jedno ujęcie obejrzałam dokładnie dopiero w domu i zdębiałam. Dziecko trzyma rękę w geście pozdrowienia rzymskiego, przejętego potem przez faszystów. Niestety nie mam szerszego kadru i nie wiem, z jakiego roku pochodzi fotografia.
Albo ta pani lekko ubrana w kokieteryjnej pozie, może przytrzymująca włosy? Jakiż odmienny od obecnie preferowanych model sylwetki. I tylko uśmiech zawsze ten sam przez wieki. Najstarsze zdjęcia mówią też, jak wielkim wydarzeniem było wtedy zrobienie sobie takiego portretu, ubierano się w najlepsze stroje, przybierano wyszukane pozy. Od razu widać spowszednienie fotografii, gdy spojrzymy na prawy dolny róg kolażu.
Wróćmy jeszcze do rzeźby. Ileż detali wzbogacających wiedzę z zakresu historii ubioru czy munduru. No chyba, że w ogóle brak stroju na figurze.
Nam skojarzyła się z sylwetką olimpijczyka, bo trzyma charakterystyczną pochodnię, ale w książce "Guida ai cimiteri..." jest napisane, że leży tu zmarły podczas wojny włosko-tureckiej, a pochodnia ma symbolizować wolę i odwagę w wypełnianiu swoich obowiązków. Hmm.
Kaplice rodzinne to bogate źródło wiedzy o przekroju narodowym emigrantów, już sam styl jednej z nich pokazuje nam prawosławnych, pozwala na domniemanie rosyjskiej rodziny (co potwierdza przewodnik po florenckich cmentarzach). Specjalnie zrobiłam zdjęcie nowszemu grobowcowi - widzicie ten kiosk?
Wydawać by się mogło, że do pochówków innych narodowości służyły inne cmentarze (Allori i Inglesi), ale głównym motywem było wyznanie, bądź jego brak, jak w przypadku Oriany Fallaci. Na Cmentarzu Porte Sante dominują groby katolickie, więc uwagę koncentrują języki obce inskrypcji.  Jakimś dodatkowym zmysłem wzrok wyławia poloniki,od najsłynniejszego we Florencji nazwiska Paszkowskiego, przez kaplicę Sapiehów a w niej zmarłą Joannę Tyszkiewicz, aż po w naszym języku napisaną krótką biografię Anny Kucharskiej urodzonej w Pułtusku, a zmarłej w Rzymie.

Dlaczego pochowana 300 km dalej? Czy odpowiedź dadzą dwa sąsiednie nagrobki? Zrobione w podobnym stylu, na środkowym można jeszcze odczytać słowa napisane w języku włoskim. Leży tam Jan Ludwik Budzki, szlachcic, dalej jednak robi się nieczytelnie. Tym razem cmentarz nie chce ujawnić nic więcej. Nie wiem nawet, czy Stanisław Paszkowski to jakiś potomek założycieli Caffe Paszkowski. Znikąd też wieści, co robili Sapiehowe w zacnej Florencji. pozostaje tylko informacja, że żyli tu Polacy.
W kaplicach cmentarnych odnajdziemy też fragment historii Kościoła. Mniej więcej do lat 70 XX wieku rodziny często budowały ołtarze, przy których za pozwoleniem biskupa miejsca można było odprawiać Msze św. Ślady tego pięknego zwyczaju w wielu kaplicach dotąd  pieczołowicie się przechowuje. Są to właśnie owe pozwolenia, naczynia liturgiczne, obrusy, kandelabry, a nawet krzesła z klęcznikami.
Śmierć określana jest jako najbardziej sprawiedliwa, nikt od niej się nie wykupi, ale oczywiście nie daje to żadnego pocieszenia, trudno nam jest się pogodzić z odejściem bliskich. O wielkim smutku mówi wiele nagrobków. Każą zatrzymać się, nie biec przez własne życie. Zmuszają do zastanowienia się, co po sobie zostawimy. To, jak nas zapamiętali bliscy, czy też jakaś inna społeczność także znajduje swoje odbicie w nagrobku. Samo miejsce pochówku wskazuje na znaczące postaci, ważnych artystów (na tym cmentarzu bardzo wielu), postaci zapisane w życie miasta, czy kraju. Bywa, że ślad po sobie zostawiają poniekąd sami zmarli. Rodziny wkomponowują w nagrobek ich dzieła rzeźbiarskie, każą umieścić fragment ich myśli. Innym pomysłem są wyryte w kamiennej płycie ich autografy.
W jakiś przedziwny sposób poruszył mnie ten pomysł, gdyż utrwala krótki gest nieżyjącego człowieka, i to utrwala w nienaturalnej skali i w tworzywie niekojarzonym z odręcznym pismem.
Zazwyczaj rodzinne grobowce oznaczone są nazwiskiem rodu. Jeden wybija się z tej tradycji. Zgromadzono  w nim osoby ważne dla żyjącego jeszcze człowieka i podpisano: "Rodzina Franco Zefirellego". Zaglądamy przez kraty, słynny reżyser pochował tu mamę, ciocię, siostrę i... nianię.
Wystarczy tych obserwacji i przemyśleń. Oczywiście także i modlitwy, wszak to czas uzyskania odpustu.
Pora wracać do intensywniejszego życia, zostawić ciszy jego kamienną pieczęć.