czwartek, 6 grudnia 2007

GOŚĆ

Milczałam tym razem usprawiedliwiona. Miałam gościa w postaci Jacka. Przemiłe trzy dni spędzone na zwiedzaniu, gadaniu i jedzeniu. No dobra, przyznam się, i piciu, ale bardzo kulturalnym i smakowitym.
Poniedziałek popołudnie siedzieliśmy w domu. Podjęłam Jacka polskim obiadem, bo stęskniony takiego jadła po miesięcznym pobycie w Neapolu.  We wtorek wybraliśmy się do Florencji. A ponieważ nie sprawdziliśmy wcześniej rozkładu jazdy pociągów, poczekaliśmy sobie w centrum Pistoi.
Łyk pysznej czekolady,
łyk spojrzeń na warzywniak i mięsny sklep,
     
łyk wewnętrznych dziedzińców sądu i ratusza,
    
i oczywiście łyk zabytków:



Potem spacer głównymi hiciorami Florencji. Mnie się jednak nigdy one nie nudzą. A Jacek widać wsiąknął też nieźle w stolicę Toskanii. Co chwilę wydawał okrzyki zachwytu. Zanim jednak ruszylismy na dłuuugi spacer posililiśmy się w taniej samoobsługowej jadłodajni nieopodal Duomo. Tam też było słychać piania Jacka z powodu dostępu do taniego i dobrego jadła.
    


Święta co chwilę zapowiadały nam swoje przyjście.
  


Targ z charakterystycznymi dla Florencji wyrobami ze skóry jak zawsze pełen, tylko do dzika można było dostać się bez kolejki, stąd nawet fotografie detalu.
   
Pod Uffizi pustki, w korytarzu Vasariego jakieś resztki malarzy z obrazkami. A spacer Ponte Vecchio to sama przyjemność.
   
   
Krótki postój pod popiersiem Celiniego. A Porta Romana poprowadziła nas w świat panoramy miasta.
   
Mosty nieodparcie wywołują we mnie skojarzenia z koralami nanizanymi na sznur rzeki. Palazzo Vecchio zyskał na teatralności w wieczornym oświetleniu. I nikt mnie nie odwiedzie od umieszczenia po wielokroć oglądanych zachodów słońca. Trudno, że kiczowate, ale jakie piękne!
   
Pod kopią Dawida poczekaliśmy na autobus. Po powrocie nie pozostało nam nic innego, jak obejrzeć film „Hanibal” i odkrywać już znane sobie miejsca.
    
W środę zabrałam Jacka na wycieczkę tropami średniowiecza. Zakrętami nieopodal Vinci pojechaliśmy na południe od domu. Wdepnęliśmy do zupełnie opustoszałego Certaldo. Wypiliśmy tam cudowne cappuccino. Jacek tylko miał nietęgą minę, bo jak tu posłodzić takie cuda? Pogadaliśmy z psem i kotem. Powtykaliśmy nosy w zakamarki i napawaliśmy się ciszą.


     
    
    
    
Niewiele głośniej było w bardzo mocno obleganym latem San Gimignano. Pierwszy rzut oka wykonaliśmy już w Certaldo.
Szwendaliśmy się i gapiliśmy na zabytki oraz okoliczne widoczki aż Jacek już nabrał obrzydzenia do swojego aparatu fotograficznego. W pewnej chwili schował go i powiedział, że koniec zdjęć w tym dniu.
    
   
      
   
Ostatnie zdjęcie zrobiłam ku przestrodze Krzyśkowi, żeby widział na co można zamienić kościół - tu na muzeum ornitologiczne
Jacek nie dotrzymał słowa. Zaciągnęłam go do Monteriggioni. Kto z Was by nie wytrzymał i nie chciał uwiecznić tych wspaniałości i sennej atmosfery malusiego paese z niewielkim kościółkiem, niedużymi sklepikami, niemal zupełnie wyludnionego?
    
     
Rano wstałam i dopomogłam Mikołajowi w dostarczaniu prezentów dla dużych dzieci, jedno dziecko znalazło słodycze a drugie muzyczną bombkę.
    
To pierwsze dziecko i tak będzie miało więcej bombek w tym stylu, więc słodycze były jak najbardziej na miejscu.
Po odwiezieniu Jacka do Prato na pociąg zabrałam się za wyplatanie wiklinowych choinek, które zamierzam postawić przed domem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza