niedziela, 6 czerwca 2010

NAJDŁUŻSZY WPIS

Takim go przewiduję i zapewne taki będzie. Powstawał na bieżąco, czasami niemal w realnym czasie, przez trzy dni. Teraz tylko muszę go przepisać z zeszytu:

Co robić, gdy się chce trochę odpocząć po wyjeździe do Polski?
Co robić, gdy się jest ciągle jeszcze niewyspanym?
Co robić, by nogi wypoczęły po niewygodnych butach?
Co robić, gdy ogród płacze za kimś, kto się nim zajmie?
Zapomnieć o wszystkim i ... wyjechać :)

Na ile? No na jeden dzień się nie opłaca, droga w jedną stronę to ponad trzy godziny. A żeby mieć pewność, że się zrealizuje główny cel wycieczki to tak minimum trzy dni.

I tyle zabrał nam wyjazd do Rzymu. Nie było kiedy wcześniej ani później wybrać się, by zobaczyć wystawę Caravaggia. Termin jedyny wolny, już po zakończonych uroczystościach parafialnych, po moim powrocie z Polski, ale przed wyjazdem Krzysztofa do Niemiec na chrzest swojej siostrzenicy.
Myślałam, że nie podołam, ale okazało się, że nie taki Rzym straszny.
Nocleg zarezerwowaliśmy już dużo wcześniej u Florindy, u której zatrzymuję się od 7 lat, czasami sama, czasami z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Ceny i warunki skromne, ale na kilka dni w Rzymie niewiele więcej trzeba, lepiej wydać pieniądze na inne atrakcje. Właścicielka i tak już jako stałym klientom zaniża nam ceny, więc nie ma co marudzić. Tym razem przyszykowała nawet ręczniki i szlafroki (czego nigdy wcześniej nie praktykowała) oraz przywitała nas słodkimi ciastkami a na śniadanie przyniosła zakupione w barze rogaliki i kawę przelaną do jakichś buteleczek po napoju, by się nie rozlała.
Po raz pierwszy rozmawiałam z Florindą po włosku a nie po angielsku. Sprezentowałam jej świeczkę z toskańskimi klimatami. Dumna pokazała mi poprzednie prezenty ode mnie umieszczone w witrynie wraz z podarkami od innych klientów. Powiedziała, że gości teraz o wiele więcej Polaków, nawet w porównaniu do czasów pontyfikatu Jana Pawła II.
Dzięki GPS odkryliśmy niezły skrót i szybko dojechaliśmy na miejsce noclegu. Po zostawieniu bagażu i auta w ponoć bezproblemowym i bezpłatnym miejscu wskazanym przez Folorindę (taaa, zakończyło się to mandatem) udaliśmy się czym prędzej na Kwirynał, gdzie w budynku po stajniach urządzono miejca wystawowe. Już kiedyś byłam tam na wystawie z Muzeum Guggenheima. Tym razem niestety, gdy już ustaliliśmy termin wyjazdu, nie było możliwości zarezerwowania biletów przez internet, skończyła się pula tak kupowanych biletów. Około południa dotarliśmy do wejścia i miny nam zrzedły. W pełnym słońcu stała długa kolejka.

Krzysztof wypytał więc tylko wpuszczającego, o której najlepiej przyjść i ruszyliśmy na wędrówkę po Rzymie.
Podliczając wszystkie moje dotychczasowe w nim pobyty wyszło mi około miesiąca, niewiele i wiele, jak na Rzym. Zawsze jest w nim coś nowego do zobaczenia i zawsze chce się wracać do znanych już kątów, choćby największych standardów turystycznych.
Przyznam, że po toskańskich doświadczeniach poczułam się na wstępie bardzo oszołomiona, trudno było mi pozbierać myśli. Żeby więc nie stracić sił na wymyślanie trasy, zaczęliśmy od posiłku. Zywczajny, nic wielkiego, nie wart zapamiętania, ani lokal ani potrawy.
A potem wolno, wolno ...
Zaczniemy od Piazza Navona?
Idziemy więc Via Corso a Krzysztof co chwilę wspomina miejsca kojarzące mu się z czasami studiów na Uniwersytecie Santa Croce. A to przystanek autobusowy, a to ulubiona piesza trasa z kolegium.

Wychodzimy na plac przed Panteonem. Może przed Navoną wstąpimy do Minervy? Raz kiedyś przelotnie zajrzałam do tej świątyni, więc niewiele z niej pamiętałam. Chyba najbardziej utkwił mi w pamięci stojący przed nią egipski obelisk na słoniu.



Bazylika Santa Maria Sopra Minerva to jedyny tak wybitnie gotycki kościół w Rzymie zbudowany na miejscu antycznej świątyni Minervy - stąd jego nazwa. Samą elewację przebudowano w stylu rensansowym, ale zaraz po wejściu do wnętrza zachwycam się błękitami wymalowanego żebrowanego sklepienia.

Dużo bocznych kaplic usiłuje odwrócić uwagę od najcenniejszych "skarbów" bazyliki.
Wiedziałam o złożonym tam ciele św. Katarzyny, którą niodmiennie podziwiam za śmiałość w realizacji zamierzeń, za tak wytrwałe dążenie ku celom, że wielu współczesnych miało ją za niespełna rozumu. Trudno mi natomiast pogodzić się z faktem układu między dominikanami z Rzymu i ze Sieny, wynikiem którego ci drudzy sprowadzili do siebie głowę "swojej" świętej.
Jej rzymskie szczątki spoczywają obecnie w pięknym grobie pod ołtarzem głównym.


Zaraz obok prezbiterium stoi figura następnego mojego "idola", ale nie jego samego, tylko jego autorstwa. Chodzi o Chrystusa przypisywanego młodemu Michałowi Aniołowi.

I już chciałam właściwie skończyć z zachwytami, gdy Krzysztof cichutkim "sz sz" przywołał mnie do płyty nagrobnej przedziwnie położonej, wręcz niemal wadzącej wychodzącym wyjściem koło prezbiterium. Stanęłam oniemiała, bo to grób mojego absolutnego mistrza, przykładu głębokiej wiary wyobrażonej pędzlem - Fra Angelico!

Nie miałam pojęcia o miejscu jego pochówku. Mniej więcej znam jego życiorys, ale ten fakt umknął mojej pamięci. Wzruszona więc trwałam nad grobem patrona artystów.

Zapaliliśmy mu świeczkę a ja zapragnęłam czym prędzej wrócić do pracowni i malować, malować, malować.
To jednak musiało poczekać.
Wychodzimy z bazyliki i wstępujemy do Panteonu.

Po w miarę sakralnej atmosferze Santa Maria sopra Minerva zalewa nas głośny tłum zwiedzającch. Trzymając się poniekąd klucza geniuszy sztuki szukamy miejsca złożenia Rafaela. Wcale nie tak łatwo je znaleźć, bo we wnętrzu dominują olbrzymie nagrobki dwóch królów włoskich - Wiktora Emanuela i Umberta.
Głośne niczym rynek miejsce wygania nas na wypełnione słońcem ulice.


Jest przecudna pogoda, ciepło, ale nie upalnie. Miło skierować kroki na Piazza Navona, by tam przy pucharku lodów obserwować opowieści tworzone przez sprzedawców obrazów, grupy turystów, myzuków, mimów czy przez gołębie.


Jeden gołąb ze spuchniętą nóżką przysiadł na naszym stole, ale za późno, wafelki już zostały zjedzone.


Lubię trafiać na te same postacie, nie tylko zamknięte w kamieniu pomników.

Żongler szklaną kulą zdaje się przeczyć materii jaką operuje i przyciąganiu ziemskiemu grożącemu niepozornej bryle szkła. Mogłabym patrzeć na niego godzinami, gdy miękko tuli kulę w dłoniach a w chwilach bezruchu miniaturyzuje otoczenie zakląwszy je w przezroczyste obłości.

Z Piazza Navona idziemy do dwóch pobliskich kościołów, które niczym uwertura mają wprowadzić nas do zaplanowanego na następny dzień zwiedzenia wystawy. Przechodzimy koło Uniwersytetu Santa Croce, Krzysztof pokazuje mi, które okna kryją salę wykładową i komputerową.



Wchodzimy do San Agostino chroniącego "Madonnę Pielgrzymów" Caravaggia, obraz budzący swego czasu spore oburzenie, gdyż malarz klęczących wieśniaków ustawił do widza brudnymi bosymi stopami. Wydaje się, że dzieło nie jest specjalnie pilnowane czy wyróżnione pośród skarbów tego kościoła. Wisi ot tak sobie w kościele. A tu czapki z głów! Przed Wami mistrz tenebryzmu, sprawnie wydobywający światłem z cienia tylko to, co najistotniejsze.


W tym samym kościele zatrzymuje mnie jeszcze jedna kaplica poświęcona świętej, która w chwilach potrzeby mojej, czy innych, staje się pośrednikiem w modlitwie. Kto to? Wiadomo, św. Rita. Niezbyt wysokich lotów gipsowa figura dominuje w kaplicy przysłaniając dużo ciekawsze obrazy przedstawiające sceny z życia świętej.

Naturalnym i logicznym wyborem jest następny, pobliski kościół św. Ludwika Francuskiego,

kryjący w jednej kaplicy aż trzy płótna Caravaggia: "Powołanie św. Mateusza", "Św. Mateusza z aniołem" oraz "Męczeństwo św. Mateusza". Absolutnie niemuzealnie umieszczone dzieła nie dają możliwości dobrego z nimi obcowania.


Dwa widziane pod kątem chyba jedynie dzięki genialnej grze światła i cienia pozwalają się zobaczyć. A obraz umieszczony na wprost naszych oczu - "Św. Mateusz z aniołem" - skromniejszy w środkach zdumiewa pustymi nienazwanymi przestrzeniami, sprawiając wrażenie niemal współczesnego nam dzieła.
Co dalej?
Dla odmiany ... następny kościół. Tym razem wiedzie nas jego patron będący także patronem naszej parafii, czyli San Pantaleo.

Trudno znaleźć świadczące o tym ślady. W końcu odkrywamy ołtarz boczny, który wypełnia olbrzymi wyblakły obraz o treści związanej z życiem świętego. To i tak o niebo lepiej, bo nasz kościół nie ma żadnego wizerunku swojego patrona.
Nogi powoli zaczynają odmawiać posłuszeństwa, dopomagamy im miejską komunikacją i znajdujemy się nieopodal bazyliki większej Santa Maria Maggiore. Ale jej, o dziwo, nie zwiedzamy, tylko szukamy ukrytego pomiędzy budynkami mieszkalnymi kościoła Świętej Praksedy. Z pozoru kościół, jakich wiele. Ciekawe jest jego położenie, bo faktycznie jego pierwotny kształt tak został wchłonięty przez budownictwo cywilne, że trudno odczytać jego bryłę, zwłaszcza portyk stanowiący obecnie podwórko obrośnięte uroczo kwiatami.

Ta świątynia nie przyciąga aż tak mocno swoją architekturą, choć jej początki są bardzo od nas odległe, bo dotyczą aż 5 wieku, została przebudowana i straciła wczesnochrześcijański charakter. Jest w niej jednak coś, co jest warte każdego zmęczenia nóg. W bazylice św. Praksedy zachowały się miesternie ułożone mozaiki z IX wieku! Nie będę opisywać szczegółowo całego programu ikonograficznego, chciałam tylko zwrócić Wam i sobie uwagę na rzadko spotykaną aureolę prostokątną. Otóż tak prezentowano osoby, które żyły w trakcie powstawania dzieła. Tutaj jest to papież Pasquale I.

Mozaika jest bardzo specyficznym rodzajem malarstwa, zazwyczaj oglądamy ją na tyle z daleka, że nie widzimy nierówności powierzchni, powodującej np. mienienie się nierównego tła. A wyraźnie pocięte kawałeczki zlewają się w barwne plamy.
Św. Prakseda zgotowała mi jeszcze większą niespodziankę, niż oczekiwałam. Otóż kręcąc głową po kościele (na tyle pozwalały zmęczone stopy) spostrzegłam małą kaplicę, do której wchodzili zwiedzający, zwaną Sacello di San Zenone.
To malutka przestrzeń niemal cała w górnych partiach pokryta mozaikami, co daje rzadką okazję przyjrzenia się im z bliska, zobaczenia jak niedokładni byli robotnicy, a jednak jak niezwykły efekt osiągnęli. Ta niedoskonałość (i doskonałość zarazem) wywołała we mnie wrażenie przeniesienia się w czasy powstawania mozaiki, niemal widziałam cienie rzucane przez tych, którzy długimi godzinami ją tworzyli.

Może wrócimy do hostelu, by odpocząć przed wieczornym spacerem?
Jeszcze tylko musimy poszukać punktu, gdzie uda nam się zgrać zdjęcia, bo w jakimś roztargnieniu nie wzięliśmy drugiej karty.
"Tylko" - wiśta wio, łatwo powiedzieć.
Szukamy i szukamy, idziemy Merulaną łączącą Santa Maria Maggiore z San Giovanni in Laterano, nikt nic nie wie, niczego nie znajdujemy.
W końcu jest! Po 10 minutach idziemy dalej z aparatem gotowym do dalszego łapania Rzymu w obiektyw.
Mieliśmy odpocząć, ale chyba jesteśmy zbyt rozpieszczeni odległością miasta od domu i odpuszczamy sobie tego wieczoru nocne jego uroki.
Następny dzień zaczynamy około 6.00 i po porannych ablucjach ospale ruszamy ku Kwirynałowi. Kilka minut po 7.00 stajemy za 15 osobami gotowymi na spotkanie z Caravaggiem. Po 30 minutach za nami już jest kilkaset osób.

Na szczęście wiedzieliśmy od wpuszczającego, że plakaty mają wydrukowaną błędną godzinę otwarcia i nie czekamy do 10.00 lecz do 9.00. Krzysztof zostawił mnie w kolejce i wyruszył do najbliższego baru. Gdy przyniósł mi herbatę i kawałek focacci z szynką, wzbudziłam zainteresowanie współtowarzyszy czekania. Jedna pani to mi nawet sprawdzała, czy dobrze wymieszałam cukier, patrzyła ze zgrozą, gdy dosypywałam następną torebkę, ale ja nie chcialam słuchać argumentów o niezdrowym cukrze i szybko ubiegłam jej wywody mówiąc, że lubię w herbacie dużo cukru i cytrynę.
O 9.00 kolejka za nami zapowiadała się na co najmniej dwie i pół godziny, a my szczęśliwie weszliśmy do chłodnych pomieszczeń stajennych. Nazwa zupełnie nie kojarzy się z ich pierwotnym przeznaczeniem. Jedynie szerokie i płaskie schody pozwalają się domyśleć, że zaprojektowano je dla koni.
Zdecydowaliśmy się na audioprzewodnik, co okazało się bardzo trafnym posunięciem. Wytrwale wysłuchaliśmy wszystkich wgranych opisów. Trudno właściwie nazwać je opisami, każdemu niemal dziełu przypisany był krótki rys także historyczny sprzyjający lepszemu zrozumieniu treści nie tylko przez pryzmat historii sztuki.
Po raz kolejny zachwycam się profesjonalnym przygotowaniem wystaw we Włoszech. Doskonała organizacja pozwala poradzić sobie z tłumami, obrazy nie wiszą na płaskiej powierzchni, tylko utworzono specjalne nisze wydzielające dzieła według pewnego logicznego klucza. Zdarzało się zamarkowanie ołtarza, jesli obraz miał taki charakter.
Niewiele obrazów odrzuciłabym jako niechciane. Niezbyt spodobały mi się takie, w których Caravaggio miast zostawić ciemne niezgłębione tło, stworzył monochromatyczną, brązową scenografię dla wydobytych ostrzejszymi barwami postaci. Myślę o "Adoracji pasterzy" czy "Zwiastowaniu".
A które bezapelacyjnie każą mi zaniemówić? Oj! Trudno się zdecydować. Może "Złożenie do grobu", albo "Grający w karty", ale przecież prosty "Kosz z owocami" też nie pozwala o sobie zapomnieć, tym bardziej że na żywo imponuje dużo ciekawszymi barwami. Trudno też nie zadrżeć wobec agresji oprawców Chrystusa w "Biczowaniu" czy przerażonej swoim czynem "Judycie ucinającej głowę Holofernesowi". Wystawa nie zgromadziła wszystkich dzieł Caravaggia. Były na niej te z pewną atrybucją. Część z nich nie wisiała przez cały czas jej trwania (od lutego do 13 czerwca), czasami przywożono niektóre obrazy a inne zdejmowano. Zdecydowano się np. na pozostawienie tych zawieszonych w rzymskich kościołach, w ich własnym kontekście. Z Uffzi nie przybyła słynna "Meduza" a ja nie zobaczyłam na własne oczy "Pokutującej Magdaleny", o której między innymi pisałam w pracy magisterskiej, a przechodziliśmy bardzo blisko jej miejsca ekspozycji.

Nie potrafię sobie nawet wyobrazić wystawy z całym dorobkiem malarza, bo wtedy chyba już zupełnie nie byłabym w stanie pojąć, jak w ciągu swojego krótkiego żywota (39 lat) dał on radę namalować tyle wspaniałości.
Zazwyczaj zwiedzanie wystaw kończę bólem kręgosłupa, tym razem od niego zaczęłam po niemal dwóch godzinach oczekiwania i z każdym obrazem coraz bardziej o nim zapominałam. Pomogła też mi kafeteria w połowie wystawy, z widokiem na pałac prezydencki, który rankiem opuściła głowa państwa, by się udać na defiladę z okazji Święta Ustanowienia Republiki (zwanym przez nas lekko złośliwie Wypędzeniem Króla).

Jedynym minusem ekspozycji, uzasadnionym oczywiście, było to, że nie mogłam nosa wściubić w płótna i prześledzić ruchów pędzla. Gdy tylko przekraczałam "strefę intymną" dzieła, włączałam alarm. No to dałam spokój.
Mogłabym pisać i pisać o Caravaggio a przecież jeszcze został nam cały dzień pobytu w Rzymie.
Na koniec muzeum pozwala wzrokowi zatrzymać się dopiero na horyzoncie, z tyłu dobudowano specjalną klatkę schodową ze wspaniałą panoramą Rzymu.

Po wyjściu z wystawy naszym oczom ukazała się gigantyczna kolejka, mniej więcej na cztery godziny oczekiwania. Jestem zachwycona tym, że ludzie z takim zaparciem chcieli spotkać się z geniuszem malarstwa.

Ich oczekiwanie mogło być dłuższe od zwiedzania, bo nam z audio przewodnikiem, własnym gapieniem się i wymianą myśli Caravaggio zabrał trzy godziny. Tyle mniej więcej ile trwa dotarcie do Wiecznego Miasta. Jakąż szczęściarą jestem, że mogłam tego doświadczyć.
Potem schodząc z Kwirynału weszliśmy w boczne uliczki i zjedliśmy lekki obiad. Samo miejsce może warte zwiedzenia dla iluzjonistycznie wymalowanych toalet, ale obsługa nie nadążająca za klientami i posiłek znowu bez zachwytu nie każą mi tu zapisać nazwy miejca, gdzie zjedliśmy.
Teraz przepisuję kawałek powstały na Placu Świętego Piotra.:
Krzysztof poszedł po obowiązkową dawkę poobiedniej kawy a ja patrzę na nastepną kolejkę i zastanawiam się, czy nie lepiej odłożyć wizytę u Świętego Piotra na jutro?
Tymczasem przypominam sobie moje pierwsze kroki, kóre postawiłam na placu przed Bazyliką i włosy na rękach stające mi dęba z wrażenia, że znalazłam się w tym miejscu. Chciałabym o tym nie zapomnieć, bo tak łatwo przyzwyczaić się do spełnionych marzeń i zapomnieć, że kiedyś zdawały się być mrzonkami.
Siedzę i ulubionym zwyczajem oglądam zachowania ludzi, szukając fotograficznych tematów.


Jest 15.00 a ja rozpływam się w uśmiechu, że to jeszcze nie koniec tych króciutkich rzymskich wakacji.
Przeniosłam się pod księgarnię watykańską, gdzie buszuje Krzysztof, a ja dalej namiętnie obserwuję ludzi. Dużo polskich wycieczek i jedna zmiana od poprzedniego tu pobytu, wszystkie grupy posługują się systemem audiofonicznym, kiedyś byli to głównie Japończycy. Zastanawiam się, na ile jest to udogodnieniem, gdy zauważam przewodnika sunącego prosto przed siebie a za nim ledwie zipiących rodaków, kórym chce dopomóc jedna z uczestniczek wycieczki krzycząc: " A może byśmy zaczekali?!" Bezskutecznie. Przewodnik uzbrojony w mikrofon ani raczył się obejrzeć.
Na szczęście my sami wyznaczamy sobie rytm zwiedzania i uznajemy, że wystarczy nam jeszcze sił na dotarcie do następnego kościoła Santa Maria del Popolo, który niczym kropka nad "i" zamknął temat Caravaggia za tego pobytu w Rzymie. Nie wiem, kiedy bym się zdecydowała zwiedzić ten kościół położony na obrzeżach Piazza del Popolo, ale "Ukrzyżowanie św. Piotra" i "Nawrócenie Szawła" musiałam jeszcze zobaczyć. Ledwie udało mi się zrobić zdjęcie kaplicy, bo tym razem istniał w niej zakaz robienia zdjęć. Pan pilnujący tak się przejął zakazem, że rozszerzył go na wnętrze całej świątyni nie pomyślawszy, że pod tym kątem nic nie widać poza ogólnym widokiem kaplicy i na pewno nie zrobię żadnej reprodukcji dzieł. A ja chciałam tylko pokazać Wam, jak znowu niedogodnie są umieszczone obrazy na bocznych ścianach.

Ponieważ tym razem wielce nie przygotowywałam się do zwiedzania Rzymu, niezbyt dużo wiedziałam o kościele Santa Maria del Popolo i freski strojnego Pintoricchia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Po ukazaniu się książki "Anioły i demony" jescze jedna kaplica zyskała sobie sławę i dla niej wchodzi tu wiele osób. Nawet mi się nie chce sprawdzać pokrętnego rozumowania i odczytania symboliki miejsca przez Dana Browna. Prónowałam patrzeć na kaplicę jako ciekawy projekt początkowo Lorenziettiego, potem Rafaela aż po Bramantego i Berniniego. Wszystko wydaje się być jednorodne i dostojne. Charakter niezwykłości miejca podkreślają dwa nagrobki (sieneńskich bankierów) w kształcie wydłużonych piramid.

Tuż przy wyjściu, zgodnie z barokową ikonografią przypomina nam o śmiertelności szkielet za kratami. Po chwili zastanowienia dochodzę jednak do wniosku, że to nie jest "Memento mori" lecz zwycięstwo nad śmiercią, która wszak jest tutaj uwięziona.


Tym razem udaje nam się dotrzeć do hostelu jedynie na krótki wypoczynek i potem wieczornie poszwendać sę po "hiciorach". Mnie tam nigdy nie znudzi się Fontanna di Trevi czy Schody Hiszpańskie.

 Zaczęliśmy od Schodów Hiszpańskich, potem zajrzeliśmy w wystawy butikom na Via Condotti i spokojnie dotarliśmy do Fontanny di Trevi.
Tyle radości w ludziach można tam spotkać, wszysycy zadowoleni, że dotarli do tych miejsc. Jak chociażby ciekawa rodzinka z pięcioma synami. Matka akurat robiła im zdjęcie, po czym usiadła i zapaliła papierosa a chłopcy otaczali ojca, którego zauważalnie hołubili. Niby nic nadzwyczajengo, ale wszyscy mieli tak jednolitą urodę, że nie mogli się wyprzeć braterstwa ani synostwa. Miło było na nich popatrzeć.

Jeszcze wieczorna herbata w barze, kelner śpiewający mi wprost do ucha jakąś piosenkę i czas złożyć ciało w łóżku po wspaniałym dniu.
Następny poranek zaczął się później wraz z naturalną pobudką.
Zgodnie z zamiarem pojechaliśmy na Watykan. Kolejka była tej samej długości, ale my mielismy więcej sił, a poza tym okazuje się, że ona bardzo szybko prowadzi nas do celu.

W Bazylice Krzysztof poszedł do spowiedzi a ja rozglądałam się tym razem głównie po detalach. Zawstydziłam się widokiem dwóch mieszkańców Indii, którzy przyklęknęli i przeżegnali się, bo weszli przecież do kościoła, a ja zupełnie zapomniałam, że to jest przede wszystkim świątynia, tak się zapatrzyłam na wnętrze. Skądinąd trudno nie rozglądać się i nie podziwiać z jakim pietyzmem chciano uczcić Boga w najważniejszej świątyni chrześcijaństwa, Jak rozmyślnie dobierano materiały, tutaj mozaiki nie mienią się, gdyż ich równa powierzchnia sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z pędzlem namalowanym obrazem.

Ciekawostką jest, że ołtarze zawierają same moaiki, ponoć uznano, że w takim kościele nie można umiecić czegoś tak nietrwałego jak farba na płótnie. W razie pożaru te drobne kamyczki mają większą szansę na przetrwanie. Nawet głośniki wtopiono w tło, na którym je zawieszono.



Bazylika jest bardzo zadbana, i wewnątrz i na zewnątrz. Odczyszczone ściany obok tych jeszcze zabrudzonych pokazują ogrom prac, jaki tam wykonano i jak szlachetnie wygląda czysty trawertyn.

Zastanowili mnie tylko konserwatorzy, którzy pędzelkami napryskiwali coś na mury, czy oni tak całe powierzchnie mozolnie zabezpieczali?

Boże Ciało we Włoszech jest świętem zniesionym, ale Gwardia Szwajcarska z okazji święta nawet tam, gdzie zazwyczaj stoi ubrana w niebieskie mundury, tym razem przystroiła się w barwne pasiaki.


Wieczorem tego dnia miała przejść Merulaną procesja, ale solida ulewa pomieszała szyki. Myśmy już tego nie doczekali, więc zapamiętalismy trzy pogodne dni w Rzymie.
Ale to jeszcze nie koniec. Z Watykanu ruszyliśmy autobusem na Celius - wzgórze położone nieopodal Koloseum. Przeszliśmy je parkiem przy willi Celimontana.

Na takie akanty w kwitnieniu jeszcze musimy poczekać w naszym ogrodzie. Dobrze, że w ogóle udało mi się je uchować. Ostatnim punktem turystycznym była Basilica Santo Stefano Rotondo. Jeden z najstarszych kościołów rzymskich powstały w V wieku. Włoska nazwa wskazuje na jego kształt, bardzo nielicznie reprezentowany wśród chrześcijańskich świątyń. Jego kształt wzorowano na planie Bazyliki Grobu Świętego w Jerozolimie. Ponieważ moje skrzydła coś słabo działają i nie mogłam zrobić zdjęcia widoku z góry proponuję wsparcie się mapami google'a z widokiem satelitarnym.
Oczywiście kościół nie uniknął przeróbek, ale i tak zachwyca spokojem architektury.

I już by człowiek usiadł i się zadowolił oryginalnością miejsca, pięknymi kolumnami, nastrojowym swiatłem, ale wzrok przyciągają freski namalowane głównie przez Pomarancio w XVI wieku.
Czasami to się cieszyłam, że czas nadgryzł je swoim zębem, bo nie wiem na ile wytrzymałabym tak olbrzymią dawkę horroru. Otóż ściany wokół prezentują chronologicznie sceny z męczeństwa znanych chrześcijan. Smutne jest, ile tortur może człowiek wymyśleć i zadać je drugiemu człowiekowi. A to łamanie kołem, a to obcinanie dłoni, wyrywanie języków, wycinanie piersi, wlewanie gorącego ołowiu do ust, przygniatanie ciężkim kamieniem, nacinanie całego ciała, wydanie na pastwę lwom, gotowanie, smażenie na ruszcie, poczynając oczywiście od ukrzyżowania Chrystusa. A żeby nie było wątpliwości kto jest oprawcą a kto ofiarą pod kazdym malowidłem umieszczono legendę z literami, które odnajdujemy na samym malowidle. Ot! Łopatologia stosowana :)

Poza malowidłami wyposażenie kościoła jest bardzo skromne, dlatego od razu uwagę przykuwa duże drewniane tabernakulum. Obecnie ustawione jako eksponat. Niestety nie zrobiłam zdjęcia tabliczki wyjaśniającej i nie mogę znaleźć teraz potwierdzenia czy to samo tabernakulum mieściło się kiedyś na ołtarzu tego kościoła czy też nie. Misterny model, wiele detali daje wyobrażenie, jak sobie radzili architekci prezentujący swoje projekty bez komputera i programu Auto CAD.

Zbliżał się czas sjesty a więc i zamknięcia wielu rzysmkich świątyń oraz wyraźniejszych znaków istnienia żołądka, więc zeszliśmy w kierunku koloseum i na via Capo d'Africa znaleźlismy restaurację "Papagiò". W końcu z czystym sumieniem mogę podać nazwę miejsca, gdzie można smacznie zjeść. "Papagiò" to średnie ceny, miła obsługa i wyśmienite potrawy. Krzysztof za namową kelnera zjadł rodzaj makaronu zwany paccheri (około 5 cm średnicy i 5 cm długości rurki) z kalmarami, papryczkami (friggitelli) oraz pietruszką. Ja na szczęście nie musiałam żalować, bo moje penne z pomidorami i ricottą bardzo mile połechtały mi podniebienie. Do stołu podczepiono nam specjalny wieszak na pojemnik chłodzące dobre białe wino. Na drugie zamówiliśmy wspólnie jedną porcję smażonych "robali" do tego pieczone ziemniaki, ale już nie daliśmy rady wszystkiego zjeść. Daliśmy się jednak namówić sympatycznemu polskiemu kelnerowi (!) na deser. Krzysztof zadowolił się truskawkami z bitą smietaną a ja poszłam na całego i osłodziłam sobie ostatnie chwile w Rzymie bardzo skomplikowanym biszkoptem polanym sosem zrobionym na bazie limoncello z gorącą białą czekoladą w środku. No przepychota!
Jakoś tak się skoncentrowaliśmy na jedzeniu, że nie zrobilam zdjęcia restauracji, poszperałam więc w internecie i znalazłam ich profil na facebooku oraz stronę, na której nawet jest podane menu.
I tym przesmacznym akcentem zakończyliśmy trzydniowy pobyt w Wiecznym Mieście, całe szczęście że wiecznym, bo to nadzieja na powrót.
Mimo ciągłego zachwytu Rzymem z chęcią wróciłam do domu, bo tam to raczej mieszkać na stałe bym nie chciała, bardziej Toskania zdaje mi się być skrojona na miarę człowieka.

Już myślicie, że to koniec wpisu? Ja przynajmniej tak myślałam, ale okazało się, że bieżące zapiski wcale nie gwarantują lepszej pamięci zewnętrznej. Nie ma to jak fotografie. Gdy zaczęłam je porządkować i poddawać obróbce okazało się, że jeszcze co nieco chciałabym dopowiedzieć i pokazać.

Wróćmy do kościoła San Agostino, do którego weszliśmy dla Caravaggia, gdzie zapamiętałam kaplicę św. Rity, ale zupełnie wyleciało mi z głowy, że tutaj jest złożona matka św. Augustyna - św. Monika.

Obok jej grobu odkryłam portret innej świętej, która ze względu na imię powinna być mi patronką, dlaczego?

Tutaj też jest jeden z dwóch tylko malarskich śladów w kościołach po Rafaelu (drugi jest w S.Maria della Pace), oczywiście poza Watykanem - to fresk namalowany na jednej z kolumn prezentujący proroka Izajasza.

W świątyni są dwie piękne rzeźby Madonny (jedna z Jezusem i Anną).

Druga, autorstwa Sansovino, zwana "Madonną del Parto" (czyli porodu)  jest otoczona specjalnym kultem rodziców. Jako wota dziękczynne i tu pojawiają się obrazki (tak jak w Sanktuarium Montenero), ale głównie niszę wypełniają kotyliony, zwyczajowo wieszane na drzwiach domu rodziny, której urodziło się dzieciątko.

Inne rzeźby urodą modela nie zachwycają, no bo do innych aniołków jesteśmy przyzwyczajeni, nieprawdaż?



Polskie oko zawsze wypatrzy nazwisko rodaka.



Nie wiedzieć czemu nie pomyślałam o zwyczajowych już migawkach z miasta, no to nadrabiam zaległości. Trochę się tego nazbierało. Jakoś nie umiem się powstrzymać.




Lampy zgromadziłam w osobnym kolażu, bo to taka moja chyba nieszkodliwa namiętność do nich.
Zupełnie po macoszemu potraktowałam tez kościól Santa Maria sopra Minerva, tak jak by tylko św. Katarzyna, Michał Anioł i Fra Angelico byli godni nawiedzenia tej świątyni. A freski Filippina Lippiego?  A cudne "Zwiastowanie" Antoniazzo Romano z uroczą perspektywa hierarchiczną - od razu wiadomo, kto najważniejszy. Że nie wspomnę o pochówkach innych znanych postaci, jak papieże Leon X i Klemens VII (obydwaj z rodu Medyceuszy).

Muszę jakoś przerwać ten słowotok, ale ciągle przypominają się różne pominięte fakty, obiekty i nie mogę przestać. Ale w końcu ostrzegałam już na początku, że to będzie długi wpis.
Uff! Skończyłam. Trzy dni byłam, trzy dni pisałam. Choć kto wie? Może jeszcze coś mi się przypomni?

11 komentarzy:

  1. Piękna ta wycieczka - ucieczka na początku sezonu. Mój syn to Mateusz. Znałam obraz Męczeństwo Mateusza teraz pooglądam zaproponowane.

    OdpowiedzUsuń
  2. No, zaszalało się - i w Rzymie i z tym wpisem:). Co mnie utwierdza w moim planowaniu odwiedzenia Wiecznego Miasta w listopadzie.
    A zdanie: "Chciałabym o tym nie zapomnieć, bo tak łatwo przyzwyczaić się do spełnionych marzeń i zapomnieć, że kiedyś zdawały się być mrzonkami." jakże dobrze rozumiem, bo często sama tak myślę, gdy zwiedzam jakieś miejsce lub oglądam coś, o czym długo marzyłam i wydawało mi się niemożliwe do spełnienia.
    Kinga z Krakowa

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj Małgoś zazdroszczę Rzymu. Wpis jednak przeczytam później, bo teraz za dużo spraw mnie rozprasza.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Małgosiu za piękne wspomnienia. Bylam tam pięć miesięcy temu i być może znów będę za kolejne pięć :-) Cudny, dostojny, a czasem zaskakujący Rzym... To jest takie miasto, w którym zawsze znajduję mnóstwo nowych pięknych miejsc, a do tych już znanych wracam bez cienia znudzenia.
    Pozdrawiam cieplutko!
    Marlena

    OdpowiedzUsuń
  5. Ktos mi mowil, ze te pasiaki Gwardii Szwajcarskiej, zaprojektowal Michal Aniol.

    Fajnie, ze juz wrocilas, bo bylo smutno. Pozdrawiam slonecznie. Moze kiedys zamiescisz weicej zdjec z wystaw sklepowych, jakos zawsze mnie inspiruja do tworzenia. A czy ten Twoj wyprobowany hotelik w Rzymie ma jakas strone czy tylko przyjmuje gosci z polecenia?

    OdpowiedzUsuń
  6. Gosiu... jak ja się kurcze nie znam na zabytkach... :)
    ale nie wiedziałam, że pochowana jest tam moja Patronka. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale nasmarowałaś !
    muszę wziąć dzień urlopu żeby to wszystko przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Małgosiu, jestem pod wielkim wrażeniem, a serce mi bije tak szybko, jak oglądam i czytam o Rzymie. Strasznie za nim tęsknię, tak bardzo chciałabym tam powrócić... Bardzo.

    Niektóre miejsca tak znajome, aż łezka sie kręci w oku, niektóre mi nieznane i zapisuje do odwiedzenia w jak najblizszej przyszłości.
    Kocham Rzym!
    Zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia tym bardziej chętnie i z wielkim uśmiechem czytam i oglądam Twoje zdjęcia:)
    Dziekuję Ci za tę wycieczkę:)
    Ściskam:**

    Ps. Małgosiu, a Ty jestes na Facebooku?

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszcze mozliwosci obejrzenia wystawy dzieł Carravagia. Bylismy niedawno w Rzymie no i czasu niewiele wiec nie zdazylybysmy obejrzec, wystraszyla nas ta dlugasna kolejka!!!
    Ale podobnymi sciezkami wedrowalismy!
    Twoj fotoreportaz jak zawsze ucieszyl moja dusze, obejrzalam dokladnie zdjecia, odnalazlam znane i nieznane miejsca, obrazy, pieknie napisalas, uzupelnilas moja skromniutka wiedze i nasycilas oczy!
    Usmiechnelam sie na widok sw. Perpetui (sorry nie wiem jak sie odmienia).
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Minęło 20 lat od mojej podrózy do Rzymu. Wrzuciłam wtedy monetę do fontanny di Trevi i wierzę, ze tam wrócę.Choc mieszkam w Italii od dwóch lat nadal jest to dla mnie niespełnione marzenie.Dzięki pani opisowi przypomniałam sobie wiele zanych miejsc w Rzymie i odktryłam jeszcze więcej nowych. Nie mogę też odżałowac, że przegapiłam wystawę Caravaggia organizowaną w Padwie, bo tam mi bliżej. Napracowała się pani przy tym wpisie, doceniam wysiłek i chęc dzielenia się z innymi. Jestem pełna uznania dla pani pracowitości. Bożena

    OdpowiedzUsuń
  11. No to pojechałaś Małgosiu z tym wpisem. Najpierw czytałam, później oglądałam, a trzeba by jeszce raz. Rzym, to dla mnie wciąż marzenia. Dzięki Tobie chociaż w jakimś stopniu zrealizowane, bo pilnie podążałam śladami tej wycieczki.

    OdpowiedzUsuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *