wtorek, 11 czerwca 2019

ANECZKOWE WAKACJE cz.2

Takich klasycznych wycieczek to właściwie odbyłyśmy dwie i pół, no, trzy, jeśli się ktoś uprze. Ale gdyby liczyć godziny, to jedną, pełnodniową. Więcej dobrej pogody nie było, albo sposobności.
Zaczęłyśmy mocnym uderzeniem: San Gimignano, Volterra i Lajatico.
W San Gimignano zjadłyśmy zadziwiająco dobry obiad; zadziwiająco, bo nie chciało nam się niczego szukać, więc siadłyśmy w pierwszej knajpce wiodącej z dalekiego parkingu do centrum.



Potem wolno snułyśmy się po miasteczku, w którym akurat zwijały się kramy, pierwszy raz przeze mnie tam widziane.



Nawet udało mi się dobry obrus zakupić, zanim zwinięto stragan.
Jeśli San Gimignano to obowiązkowo lody.

Na początku mojego pobytu w Toskanii zastanawiałam się, czy mi kiedyś przejdą zachwyty nad miejscem zamieszkania. Bez obaw! Mogę wracać wiele razy nawet do największych hitów turystyki. Patrzę z ciągłą świeżością, zarówno na detale, jak i na ogólne widoki. Nie nudzą się, więc mogę śmiało przewidywać, że tak pozostanie.














Droga do Volterry sama w sobie jest przebojem turystycznym. Poczynając od niesamowitego widoku na dopiero co opuszczone San Gimignano, przez wzgórza, po słynne koło wykonane z blachy corten.

Tak dawno nie jechałam tą drogą, że zapomniałam o dostępności koła i długą chwilę zastanawiałyśmy się z Aneczką, jak dotrzeć do innego, widzianego z oddali, które po zmianie kąta obserwacji okazało się elipsą.


To mi przypomniało, że tych instalacji współczesnego artysty Mauro Staccioli można odkryć więcej. Może kiedyś? Myśmy zatrzymały się pod regularnym kołem, podziwiając nie tylko grę widoków z okrągłą ramą, zastanawiałyśmy się także, czy różowe kwiaty są tubylczymi storczykami.




Po bliższym się im przyjrzeniu mam wrażenie, że to jakieś malusie mieczyki. Ale głowy za to nie dam sobie uciąć.
Jeśli chodzi o program na Volterrę, nie wykazałyśmy się żadną oryginalnością. Może ciut więcej zaglądnęłyśmy do wnętrz.







Na placu przy ratuszu stanęły widziane wcześniej na drodze stare auta.

To był zorganizowany wyjazd jakiejś francuskiej grupy pasjonatów starych pojazdów.






W końcu zobaczyłam warsztat obróbki alabastru, wcześniej zatrzymywało mnie tylko okno z rzeźbami.












Robiło się już chłodno, miałyśmy w planach jeszcze jedno miejsce, więc dość pobieżnie potraktowałyśmy Volterrę. 








Po pewnym czasie widziałyśmy ją już tylko z oddali.


Do tego miejsca dojechałyśmy dzięki mojemu niedowierzaniu. Jest to podpowiedź i dla Was. Jeśli zobaczycie szlaban i zakaz zjazdu z ronda na drogę, która ma Was prowadzić do celu, wystarczy objechać rondo dwa razy, podjechać wymownie do stojącego tam robotnika, a ten bez wymiany ni jednego słowa, sam odsunie szlaban i pozwoli przejechać. 

Na koniec wycieczki zakłóciłyśmy ciszę Teatru Ciszy w Lajatico. Właściwie to skuteczniej konkurował z nami bzyczący dron. Podejrzewam, że jego właściciel nie był zbytnio szczęśliwy z powodu naszego pojawienia się. Zapewne zakłóciłyśmy mu czystość ujęć tego niezwykłego krajobrazowo miejsca. Szybko poczułyśmy się usprawiedliwione, gdy tuż obok nas zaparkowała pani z psem.
Dron w końcu poleciał w słusznym kierunku, nieważne jakim, grunt, że go nie było słychać, a myśmy mogły  rozkoszować się widokami.






Przyjrzałyśmy się też nowej aranżacji stawu. Tym razem na jego środku postawiono współczesną interpretację Piety Michała Anioła.






Ociągałyśmy się przed powrotem do domu, natchnione widokami miałyśmy wrażenie, że i nasze autko stało się dronem pozwalając nam dryfować głowami w obłokach.



4 komentarze:

  1. Cuuuudo! No bo jak onaczej? Mamy kilka alabastrowych zdjęć bardzo podobnych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa ta Pieta. A ja szukam możliwości wytchnienia w jakieś toskanskiej winnicy pod koniec października. Może masz jakiś namiar?

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne miejsca. W październiku odwiedziłam Włochy i ciągle żyję tymi widokami. Pozdrawiam :-).

    OdpowiedzUsuń