wtorek, 25 czerwca 2019

HERBATKA Z MISTRZEM

W 1922 roku Alaide Garosi Cipriani, jedne źródła podają, że projektantka mody, inne, że właścicielka sklepu z modą, żona adwokata, matka trójki dzieci, zachodzi w ciążę z tekstylnym kupcem. Wszyscy wiedzą, że ciąża jest pozamałżeńska, bo mąż w tym czasie dokonywał żywota w jakimś sanatorium. Namawiano ją usilnie, by zabiła dzieciątko, pozbyła się skandalicznego balastu. Ale ona z dumnie podniesioną głową nie uległa namowom i urodziła syna. Według wtedy panującego prawa, nie mógł on mieć ani nazwiska ojca (który uznał syna dopiero po 19 latach) ani matki, więc był dzieckiem z rodziców nieznanych (NN). Nazwiska takich dzieci nadawano według litery alfabetu przypadającej na dany dzień. 23 lutego 1923 była to Z.
Matka chłopca bardzo lubiła pewną arię Mozarta i z niej wzięła pomysł na Zeffiretti, ale niedbały urzędnik nie napisał poprzeczek w literach t i tak oto powstało wyjątkowe, znane potem na całym świecie, nazwisko Zeffirelli.
Na tym problemy matki Zeffirellego się nie skończyły. Ludzie bojkotowali jej sklep. Straciła klientów, pieniądze, zdrowie. Kłóciła się z kochankiem, aż w końcu uciekła z synkiem do Mediolanu, gdzie mieszkała jej najstarsza córka. Płonne były nadzieje na odmianę życia, miała gruźlicę. Umarła, gdy Franco miał 6 lat. Siostra chciała zatrzymać chłopca, ale nie jej mąż.
Dziecko odesłano do Florencji i trafia do słynnego Szpitala Niewiniątek. W końcu przygarnia go bezdzietna ciotka. Franco ciągle ma pod górę. W szkole słyszy, że jest bękartem. Słyszy to także po szkole, kiedy to żona ojca śledzi go i powtarza słowa, których mały chłopiec jeszcze nie rozumiał: "bastardo, bastardo".
Wydawać by się mogło, że matka decyzją o narodzeniu potomka, skazała go jednocześnie na ciężkie życie.
A jednak ...
Posyła się go do nauczycielki angielskiego, która przekazuje mu fascynację Szekspirem. Dziadek zaraża go umiłowaniem muzyki, a sam chłopiec ciągle rysuje, aż trafia do szkoły plastycznej.
Dobrze jest znać ten początek życia niedawno zmarłego Franco Zeffirellego, gdy idzie się odwiedzić poświęcone mu muzeum, co ja zrobiłam na początku maja, a śmierć mistrza zmotywowała mnie, by w końcu opisać wizytę.
Ekspozycja została zbudowana w oparciu o archiwum reżysera, ulokowano ją w budynku przy Piazza San Firenze, w pomieszczeniach po Sądzie.
Na początku miałam wrażenie megalomanii, ale potem zapomniałam o sławach na zdjęciach, o nagrodach w gablocie i z pełnym podziwem oglądałam to, co oglądalne w murach Fundacji Zeffirellego.



Napisałam "w murach", bo wszak to maluśki wycinek jego działalności. Zeffirelli był reżyserem nie tylko filmowym, prowadził wielkie produkcje teatralne, projektował kostiumy, zajmował się polityką.
Powiedzmy, że mam pewne, znikome, pojęcie o teatrze, które mi pomagało rozumieć ogrom pracy, talentu, który wypełniał życie mistrza.
Wspaniałe projekty, niektóre same w sobie gotowe dzieła sztuki, malarskie do bólu.





Rozmach w kostiumach, w scenografii.













Bardzo poruszyła mnie sala "gigantów", jak ją sobie nazwałam na własny użytek. 



W niej zetknęły się dwie wielkie postaci Italii - Dante i Zeffirelli. Niestety, z braku funduszy, nie doszło nigdy do realizacji projektu powstałego w 1962 roku. Aż mi ciarki przechodzą, gdy pomyślę, jak by to mogło wyglądać przy obecnych możliwościach technicznych.



W tej muzealnej ekspozycji pokuszono się o animację tablic z projektami. "Pokuszono" - nomen omen - wszak tematem była najbardziej inspirująca artystów księga "Boskiej Komedii" - Piekło.
Miło jest usiąść w sali projekcyjnej i powspominać największe filmowe i teatralne realizacje Franco Zeffirellego.

Dobrym komentarzem do zwiedzanych sal była krótka rozmowa ze starszą amerykańską parą. Lekko oszołomieni zapytali mnie: Kto jest autorem tych prac plastycznych? Nie mieli pojęcia, że reżyser był też scenografem, że ukończył szkołę plastyczną. Ich podziw dla tytana pracy wzrósł niepomiernie.
W jednym z wywiadów mistrz, wspominając swoje pochodzenie dzieciństwo, przyrównał życie do danej nam pustej szklanki. Powiedział, że tylko od nas samych zależy, czym ją wypełnimy, a ja dodam, że najpierw trzeba, by ta szklanka w ogóle się pojawiła, co zawdzięczamy dumnej matce.

A "Herbatka z mistrzem"?

Zapomniałabym wyjaśnić.
Moim ulubionym dziełem Zeffirellego jest film z 1999 roku oparty o wątki autobiograficzne  pt. "Herbatka z Mussolinim"  z toskańskim bohaterem samym w sobie, jakimi są miejsca rozgrywania akcji - Florencja, San Gimignano.
Na wystawie oprócz zdjęć z planu filmowego, możemy zobaczyć płaszcz, który niezwykle kobieco i wdzięcznie nosiła Cher.




3 komentarze:

  1. Często ci wielcy mieli bardzo ciężko na początku i... może dlatego są wielcy? Może to ich nauczyło walki o siebie?
    the sec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to bardzo poruszyło, gdy sobie wyobraziłam, że matka uległaby podszeptom. Wiem, nie mielibyśmy pojęcia, że miał być Franco Zeffirelli, ale mamy, a jego praca mieszka w tym zakamarku mojego serca, gdzie są dobre wspomnienia.

      Usuń
  2. Ta opowieść skojarzyła mi się z Beethovenem. Jego matka była wręcz zmuszana do przerwania ciąży. I też nie mielibyśmy pojęcia o nim. O ilu jeszcze nie mamy...
    The sec.

    OdpowiedzUsuń