sobota, 19 kwietnia 2008

~ SCIROCCO

Pojawiło się słońce! W końcu, ale żeby nie było za łatwo to przypałętał się za nim scirocco, wiatr z Afryki lub Półwyspu Arabskiego. Dobrze choć że nie przytargał zimna, gdy więc się uspokoił, spacer z psami był czystą ciepłą 20 stopniową przyjemnością. Spacerowałam z Anią, która najpierw zjadła z nami obiad a potem pobierała ode mnie teoretyczno-praktyczną lekcję o farbach olejnych i akrylowych. Ale się nagadałam! Gardło rozbolało mnie jak za "starych czasów" uczenia w szkole. Czas umilał nam sernik, tym razem upieczony z mascarpone i dodatkami w postaci surowego ananasa oraz rodzynek. Chyba przejdę na ten ser, masa wyszła niesamowicie gładka i aksamitna.
A jeśli już o ananasie mowa, to jego część ostatnio zrobiłam w lekkiej zalewie z maraschino i soku z cytryny. O tym likierze powiedziała mi Franka, w ten sposób przygotowująca truskawki. Likier, gdy tylko byłam w sklepie na stoisku alkoholowym, czem prędzej nabyłam drogą kupna. A przy trunkach znalazłam się w celu zakupu spirytusu do zrobienia własnego kremu limoncello, z cytryn podarowanych nam przez Paulę. Teraz "tylko" poczekać miesiąc i będziemy "żłopać" płynne ptasie mleczko.

~ SPOKOJNY PIĄTEK

No, może nie tak spokojny, jeśli wziąć pod uwagę szaleństwo nowego czasu na kursie włoskiego. Kto to widział, żeby posługiwać się tyloma czasami? A już passato remoto - czas przeszły odległy, nieużywany w innych regionach Włoch, poza Południem Italii i ... oczywiście Toskanią. A jakże!
Potem szybki obiad - naleśniki z ricottą w sosie czekoladowym a potem sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie. W końcu widać jakieś światełko w tunelu. Jutro idę spokojna do pracowni. Mam ochotę porobić świeczki, a w ogóle choćby tylko popatrzeć przez jej okna.

środa, 16 kwietnia 2008

~ CO SIĘ ODWLECZE, TO NIE UCIECZE



Długo się zabierałam do napisania o mojej ulubionej świętej. Bo jak tu napisać krótko, nie przesłodzić, nie strywializować? Świętą Ritę „odkryłam” podczas pierwszej podróży do Włoch a właściwie do Rzymu. Podróżowałam wtedy z dwoma kolegami, a na miejscu naszym przewodnikiem był studiujący w Wiecznym Mieście Krzysztof. Tak się złożyło, że podczas weekendu nie mógł nam towarzyszyć, bo wspomagał Augustianów z Casci w spowiedzi. Paweł (też ksiądz),jeszcze w Polsce gdy usłyszał że Krzysztof będzie w Casci, skojarzył ją od razu z Ritą, darzoną szczególną czcią przez jego proboszcza. Nie było rady, nie można nie zauważyć takich znaków, pojechaliśmy ich śladem. Niewiele wtedy wiedziałam o tej ciekawej postaci ze średniowiecza, ale to najważniejsze tak – nazywa się ją Świętą od spraw niemożliwych, beznadziejnych. Mój mistycyzm i modlitwy poprzez świętych były do tego czasu niemal na poziomie zerowym, mistycyzmu dotąd może wiele mi nie przybyło, ale po mojej modlitwie w sprawie własnej, uważanej przeze mnie za beznadziejną od wielu lat, spełnionej w przeciągu mniej więcej roku, wiedziałam już gdzie „pukać”. Zainteresowałam się Ritą i oto wyniki moich dotychczasowych odkryć:
Urodziła się (w Umbrii, w Roccaporena) i żyła w średniowieczu, ale oficjalnie uznano ją za świętą dopiero na początku XX wieku; nawet to pokazuje jak trzeba być cierpliwym , a Rita taką była. Nadano jej imię, które budziło zdumienie, nie Margherita ale Rita, czyli Gosia. Rodzice byli przekonani, że najlepsze będzie dla niej zamążpójście, i mimo że ona sama chciała wybrać życie zakonne, okazała się im posłuszna. Wyszła za okrutnego człowieka, awanturnika, żyjącego z dala od Boga. Rita cierpliwie modliła się o jego nawrócenie i w końcu jej modlitwy zostały wysłuchane. Niestety przeszłość męża doścignęła go w postaci zabójcy. Synowie postanowili zemścić się za śmierć ojca. Matka uważała zemstę za grzeszną i niegodną chrześcijanina, prosiła więc Boga, by prędzej zabrał synów niż pozwolił im zrealizować zamierzenia. Twarda modlitwa, nieprawdaż? I została spełniona, obydwaj zmarli na zarazę. Bez zobowiązań rodzinnych, Rita skierowała swoje kroki do pobliskiego zakonu w Casci. Ale czyż doświadczona wdowa mogła być mile widziana w klasztorze pełnym dziewic? Przełożona ciągle odsyłała natrętną Ritę. Jednej nocy Rita stawiła się przed nią, mimo zamkniętych wrót do klasztoru. Wtedy przeorysza uznała, że to znak od Boga, że ma przyjąć tę kobietę do klasztoru.


Ricie jak by mało było dotychczasowych cierpień, prosiła o jeszcze, żeby choć trochę uczestniczyć w Męce Pańskiej. Jednego razu z figury na krzyżu, przed którym się modliła oderwał się kolec z korony cierniowej , ugodził ją czyniąc stygmat na czole.

Rana niestety strasznie śmierdziała i z tego powodu odseparowano Ritę, dając jej najdalszą celę w klasztorze. Zresztą już wcześniej znosiła dzielnie wiele upokorzeń, gdyż była analfabetką i musiała przyjmować najgorsze prace, czasami wręcz bezsensowne. Musiała np. podlewać kawałek uschniętego drewna, bez szemrania to czyniła. Och! Już widzę siebie na jej miejscu. Zero pokory i uległości! No i oczywiście, drewno jednego razu zakiełkowało i wypuściło liście dojrzewając potem wspaniałymi winogronami. Podczas pobytu Rity w klasztorze papież ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszła Święta pragnęła pielgrzymować do Rzymu z innymi, ale matka przełożona nie chciała się zgodzić ze względu na odór, jaki Rita snuła za sobą. Ubłagała więc Boga, by na czas pielgrzymi przykry zapach zniknął, ale by ból rany pozostał – tak tez się stało. Po powrocie wszystko wróciło do poprzedniego stanu i smród i samotność w celi.

Ascetyczne życie, jakie wiodła zbliżało się ku końcowi, opiekowała się nią kuzynka, którą Rita poprosiła o przyniesienie róży z ogrodu. Prośba była o tyle absurdalna, że działo się to surową, śnieżną zimą. Także i w tym przypadku nie obyło się bez cudu, w ogrodzie kwitła róża, która po dziś dzień stanowi atrybut Rity i rzesze pielgrzymów wchodząc do sanktuarium trzymają w podniesionej ręce pojedynczy kwiat róży. Wygląda to niezwykle taki las róż wchodzących do kościoła. Udało mi się to zobaczyć za pierwszej bytności w Casci w październiku. Jednak miesiącem najbardziej różanym jest maj a zwłaszcza jego 22 dzień, wyznaczony datą śmierci świętej.

Oprócz wspomnianej róży na przedstawieniach pojawia się jako atrybut cierń w czole oraz pszczoły, związane z cudem z dzieciństwa. Koło śpiącego na polu dziecka (rodzice pracowali w pobliżu) przechodził żniwiarz i zobaczył jak do jej otwartych ust wchodzą bezkarnie pszczoły i, nie czyniąc żadnej krzywdy, wychodzą z powrotem.

Ponieważ Rita poznała w życiu wiele stanów – była żoną, matką, wdową i zakonnicą w sprawach uważanych za beznadziejne zwracają się do niej bardzo różni ludzie, często np. matki proszące o macierzyństwo, ale też i takie ludki jak ja. Za pierwszym razem prosiłam tylko w swojej sprawie, potem w czyjejś intencji, czasami związanej po części ze mną a czasami dotyczącej wręcz nieznanych mi osób. To niezwykłe, ale modlitwy zawsze zostały wysłuchane. Gdy więc myślę o udaniu się po wsparcie do Św. Rity, zawsze przypominam sobie słowa augustianina o. Marka Donaja (zawarte w specjalnym wydaniu miesięcznika „List”), który przestrzega przed pochopną modlitwą, należy bardzo przemyśleć ,o co się modlimy, bo nasze prośby mogą się … spełnić – tak jak w przypadku synów Św. Rity.

wtorek, 15 kwietnia 2008

PODWÓJNA UCZTA

Muszę sobie zapisać to menu, bo było niezwykłe i niezwykle smaczne. W niedzielę byliśmy u Franki na obiedzie rybnym – nazwa uwzględnia także frutti di Mare. Jako antipasto została podana sałatka z ugotowanych krewetek i ośmiornic wraz z selerem naciowym (innego nie używają), w sosie, w którym była na pewno oliwa, białe wino i nać pietruszki. Ale co jeszcze? Umówiłyśmy się z gospodynią, że następnym razem zawoła mnie, gdy będzie takie różne rybne cuda robiła, bo następne dania także zasługiwały na to miano. Jako pierwsze danie została podana zupa, nazwana przez Frankę rybnym brodo, czyli rosołem. Ale mi to w żaden sposób rosołu nie przypominało, było to coś w rodzaju dość pikantnego przecieru ze stworzeń morskich z odrobiną koncentratu pomidorowego podane z zatopioną w zupie grzanką, owiane (na razie tajemnicą) tworzenia. Na drugie danie były smażone krewetki w panierce oraz pierścienie ośmiornicy. Ośmiornica w pierścieniach mniej mi przypadła do gustu ze względu na swoją konsystencję, ale krewetki nieobrane? Pycha! Do tego sałata z rzodkiewką i pomidorami a na deser lody w cieście biszkoptowym – specjał z nadmorskiego Viareggio oraz truskawki w zalewie z maraskino (likieru wiśniowego) i cytryny – mniam!

Po takiej rybnej uczcie nie sposób było zamknąć się w domu. Na szczęście niebo uchyliło nam swej łaskawości i pozwoliło na wycieczkę. Pojechaliśmy do Bargi położonej około 80 km od nas, na północ od Lukki, tylko 70 minut jazdy samochodem. Dawno już czytałam o tamtejszej katedrze, ale potem w natłoku wrażeń i możliwości wycieczkowych zapomniałam o tym górskim skarbie. Drogocenna myśl pojechania tam przyszła od Krzysztofa.
Po drodze westchnęłam przy Moście Diabelskim, wspomniałam "śniadanie z widokiem", które sobie kilka lat temu urządzilśmy nieopodal wraz z przyjaciółmi. Gdzież bym wtedy pomyślała, że będę mieszkać tylko godzinę drogi od średniowiecznego Ponte del Diavolo w Borgo a Mozzano.


Do Bargi przyciąga przede wszystkim katedra. Zaraz więc skierowaliśmy do niej swoje kroki nieświadomi, że czeka nas niezła wspinaczka po stromych uliczkach i schodach. Stare miasto jest położone na wielu poziomach i tworzy urocze wąskie przejścia wiodące w górę. Można kluczyć po nim, a wiadomo, że jeśli pójdzie się w górę, to w końcu trafi się na Duomo.


Ciągle jeszcze można wejść do tej części miejscowości starymi bramami, które wraz z murami prowadzą nas w czasy longobardzkie.


Po drodze na szczyt zatrzymaliśmy się w Kościele Najświętszego Krzyża, niepozornym, cichym i sprawiającym wrażenie opuszczonego. Leniwie sączące się promienie słońca tylko podkreślały ciszę.


Widać, że część wyposażenia odłożono do renowacji. Mnie urzekły dwa anioły trzymające świeczniki. Stały tak smutne, opuszczone, ale tworzyły niezwykłą kompozycję barwną


Katedra w Bardze ma dziwny kształt, bardziej przypomina mi zamki po Fryderyku Szwabskim, niż to co tu się tak często spotyka – brakuje jej marmurowych pasów, nie ma kolumienek charakterystycznych dla stylu pizańskiego. Portal główny jest malutki w proporcji do niemal zupełnie pozbawionej ozdób fasady. Z tego, co doczytała, to kiedyś była to ściana bocznej nawy, stąd takie dziwne ścięcie. Drugi portal boczny, także skromny, z fryzem przedstawiającym agape.

Fryz o kształcie ślepych arkadek zakończony jest rozmaitymi ornamentami o kształtach kwiatów, zwierząt czy ludzi. Już z zewnątrz widać malutkie okna, charakterystyczne dla stylu romańskiego wypełnione alabastrem egipskim, który we wnętrzu daje ciepłe i tajemnicze światło.
Katedra, jak i miasto, ma za patrona Świętego Krzysztofa, zrozumiały więc staje cel naszej wycieczki. Nieopodal wejścia na ścianie wisi obraz z XVII wieku a w prezbiterium umieszczono wielką rzeźbę polichromowaną z końca XII wieku, obydwa dzieła poświęcone świętemu.
Wzrok jednak przykuwa pulpit z XII wieku, coś co mnie zawsze fascynuje, dzieło z XII wieku, przypisywane Guido Bigiarelliemu z Como. Jak zawsze w przypadku tych obiektów ma bogatą ikonografię. Chodziłam z otwartymi ustami, z trudem łapiąc oddech wobec takich wspaniałości. Dla równowagi chyba rozśmieszył mnie człowieczek-podpora, który skojarzył mi się z naszym Druso załatwiającym swoje potrzeby. Ale kto by się tak nie naprężał dźwigając na plecach taki ciężar - kamienia i sztuki. Te misterne ornamenty, te kapitele!
Przerażenie za to budzi myśl dostania się w łapy lwa. Niby lew ma symbolizować siłę chrześcijaństwa, ale w ten sposób nie chciałabym się, ani nikogo innego, przekonywać o sile tej religii. Szukałam określenia dla scenki stworzonej przez artystę: Strach ma wielkie oczy? Albo bardziej potoczne powiedzenie , że komuś wyszły oczy z orbit? Może ktoś znajdzie lepsze powiedzenie, bo tutaj nie całe gałki oczne uciekły, tylko ich źrenice, co samo w sobie wygląda makabrycznie.
Chodzimy i podziwiamy detale, próbuję sobie wyobrazić ten kościół wypełniony ludźmi, my często jesteśmy tylko sami i ze spokojem możemy przyjrzeć się chrzcielnicy oraz kropielnicom (aż czterem) z XII i XIII wieku, niektórym rozmieszczonym w tajemniczy, niefunkcjonalny sposób.

Po wyjściu oglądamy jeszcze Loggię Podesty i wmurowane obok miary kupieckie. Już słyszę ten szum ziarna wysypujący się z zatwierdzeniem prawidłowej objętości.
A potem leniwie drepczemy na dół podpatrując ogrody i sposoby na mur, lub rozczulając się nad majtkami przesłaniającymi świat Świętemu Antoniemu. Zaglądamy do otwartych sklepików. Zatrzymujemy smaki z mercatino (ryneczku) – kupujemy kawałek pecorino (owczego sera) i czerwone wino. Słońce pozwala na pierwsze w tym roku lody na wynos. Wszędzie mnóstwo mieszkańców, wylegli gromadnie na spacer, no i dokonują „obywatelskiego obowiązku” – glosują. To pierwszy dzień wyborów do Sejmu i Senatu.

Apetyczne są takie niedziele. Można potem wrócić do codziennego dnia, porządków, prasowania, a mimo to lekko unosić się nad ziemią.

sobota, 12 kwietnia 2008

~ DUMANIA WŁOSKIE

Ostatnio do grona moich czytelników dołączyła Pani Anna, którą stąd serdecznie pozdrawiam. W swoich przemiłych mailach napisała pewną myśl, co mi się ciągle kołacze po głowie, pozwolę sobie zacytować: „nie rozumiem czemu służy pokazywanie tych świętych szczątków”. To chyba faktycznie jest trudne do zrozumienia. Przypominam sobie jeszcze obruszenie mojej przyjaciółki po obejrzeniu mumii, nie mogła spokojnie przejść nad faktem, że przecież te osoby, bardzo odległe od nas w czasie, zostały przez kogoś pochowane i celem tych, którzy to uczynili nie było publiczne okazywanie zwłok.
I tak się potoczyły moje myśli:
We Włoszech nagminnie spotykamy się z wystawionymi zwłokami osób, wobec których rozwinął się kult. W samej Bazylice Św. Piotra jest „wystawiony” w szklanej trumnie Jan XXIII, w Cortonie i w Montefiascone spotkałam swoje imienniczki.

Moja ulubiona Święta z Casci – także Gosia (no bo jak nazwać Ritę?) – odbiera modlitwy zza szyby. Do tego czcigodnego grona dołączmy Klemensa z Gradary, którego widok w wianuszku tak poruszył Panią Annę, tym bardziej, że jego zwłoki nie zachowały się hmm… tak „dobrze”, jak poprzednio wymienionych mieszkańców Nieba. Trochę mi to nie pasuje do chrześcijańskiego obowiązku pochówku. Nie znam oficjalnego stanowiska Kościoła, ale chyba nie ma nic przeciw, jeśli wierni mają mieć też możliwość wejrzenia (w niedalekiej przyszłości) na szczątki doczesne Jana Pawła II.

Przyznam, że może niewiele podróżowałam po innych krajach i nic nie wiem na temat tego swoistego „wystawiennictwa” w Europie, a tym bardziej poza nią. W swoich obserwacjach mogę pokusić się o jakieś własne wnioski tylko w przypadku Italii. Ale one może trochę później, bo teraz następne zjawisko, a mianowicie niesamowicie rozwinięty kult relikwii. W Polsce niespotykany na taką skalę. Wyobrażenie o nim może dać kaplica z relikwiarzami z Bazyliki Świętego Pawła za Murami w Rzymie. Nawet tu na parafii mamy jakieś relikwie. Aż mi wstyd pisać „jakieś”, ale może to właśnie pokazuje, że nie wywodzę się z tego kręgu „kultowego”.

Może dla kogoś być swoistym szokiem, ale moje myśli dalej powędrowały do sklepów mięsnych. Na południu Italii, w Pugli, spotykałam takie, w których w oknie wisiały całe tusze zwierzęce.

Ale nawet tutaj, w supermarkecie, nikogo nie dziwi, ni brzydzi, widok gołębia zapakowanego wraz z łebkiem.


Ten przeskok myślowy krąży mi cały czas wokół pojęcia turpizmu. W literaturze tak nazywa się zabieg polegający na wprowadzeniu do utworu elementów brzydoty w celu wywołania szoku estetycznego. To tendencja niektórych kierunków poetyckich, której cechą jest antyestetyzm i swoisty kult brzydoty. Czy Włosi mieli w ogóle ten trend w literaturze? Szukałam długo jakiegoś tłumaczenia i nie znalazłam, nie znaczy że go nie ma, ale sama trudność znalezienia już mi coś mówi. W kraju, który kojarzy nam się z pięknem, szlachetnością, nikogo nie straszą elementy brzydkie, straszne, nie są one antyestetyczne, wręcz przeciwnie, podejrzewam, że ten łebek gołębia został umieszczony dla ozdoby.

Italia jawi mi się jako miejsce pełne sprzeczności. Z jednej strony słynie z mody, z drugiej strony młode kobiety potrafią przyjść na Mszę w dresie, owszem markowym, ale dresie. Z jednej strony mamy starannie wypielęgnowane podwórka z zielenią, z drugiej strony na tym samym podwórku stanie obrzydliwy komplet plastykowych mebli ogrodowych. Może więc i te zwłoki i te mięsa składają się na ten sam wachlarz włoskich niezwykłości?

jest już późno i nie mogę znaleźć pozostałych zdjęć do tekstu, trzeba będzie poszperać w archiwaliach, ale to nie dziś

piątek, 11 kwietnia 2008

~ TOSKAŃSKIE MOLE

Oczywiście chodzi o mole biblioteczne. Zapisałam się dziś do biblioteki San Giorgio w Pistoi. Do tego potrzebowałam tylko dowodu włoskiego i oto od dziś mogę wypożyczyć do 10 książek na miesiąc, 1 film dvd oraz 3 płyty cd na tydzień. Z katalogu online wiedziałam, które chcę książki. Na miejscu okazało się, że nikt mi ich nie poszuka. Chodzi się samemu pomiędzy półkami, a potem tylko z rozmagnesowanymi egzemplerzami przechodzi pomiędzy bramkami, jak w sklepie. Co za wygoda! Wiem, że nie wszystkie biblioteki we Włoszech tak funkcjonują, ale ta wydała m się bardzo przyjazna. Przestrzeń podzielono na mniejsze "pokoje", w których są stoły oraz fotele. Wszędzie widać stanowiska komputerowe, każdemu czytelnikowi przysługuje dziennie jedna godzina internetu. Z tego akurat nie mam zamiaru korzystać, ale godne to i .... Jak to we Włoszech, obowiązkowo musi być bar, po głównym hallu roznosi się więc cudowny zapach kawy, zamiast bibliotecznego kurzu. Muszę kiedyś zabrać tam aparat, bo sama architektura bardzo ciekawa - na potrzeby nowej biblioteki zaadaptowano starą halę fabryczną, wyszło z tego jasne, nowoczesne i zarazem przytulne miejsce. I to piszę ja, która w zachwycie nad architekturą zatrzymałam się przy renesansie.

~ PORZĄDKOWE MILCZENIE

Wiem, wiem - milczę, ale dom na tym korzysta. Porobiłam zaległe prania, umyłam te okna, którym nie zdążyłam nadać blasku przed Świętami. Poczyściłam meble. Podziubałam w ogrodzie. Walczyłam z korowódką, tym razem bez śladów na własnej skórze. Jutro kurs włoskiego, prasowanie i może znowu ogród, jeśli pogoda będzie łaskawa nie tylko w temperaturę (20 stopni), ale i w promienie słoneczne, a co najmniej brak deszczu. Choć przyznam, że bardzo mnie dzisiejszy deszcz ucieszył; moje pierwsze wysiewy zaczynają kiełkować, przyjął mi się korzeń chrzanu przywieziony z Polski. Wszystko bucha witalnością.


A na zdjęciu magnolia u sąsiadów w ogrodzie, trzecia w kolejności kwitnienia krzewów magnoliowych, niestety też już przekwitła, to zdjęcie sprzed 10 dni. Ale nigdzie go jeszcze nie umieściłam.

Jeszcze tylko zanotuję najprostszy z dotąd wypróbowanych przeze mnie sposobów na karczochy, podpatrzony na obiedzie u Pauli i Mauro. Otóż spreparowane, jak zwykle karczochy pokroić na ćwiartki, podgotować w wodzie, obtoczyć przyprawionym solą ciastem naleśnikowym i usmażyć na patelni. No przepychotka!