sobota, 12 kwietnia 2008

~ DUMANIA WŁOSKIE

Ostatnio do grona moich czytelników dołączyła Pani Anna, którą stąd serdecznie pozdrawiam. W swoich przemiłych mailach napisała pewną myśl, co mi się ciągle kołacze po głowie, pozwolę sobie zacytować: „nie rozumiem czemu służy pokazywanie tych świętych szczątków”. To chyba faktycznie jest trudne do zrozumienia. Przypominam sobie jeszcze obruszenie mojej przyjaciółki po obejrzeniu mumii, nie mogła spokojnie przejść nad faktem, że przecież te osoby, bardzo odległe od nas w czasie, zostały przez kogoś pochowane i celem tych, którzy to uczynili nie było publiczne okazywanie zwłok.
I tak się potoczyły moje myśli:
We Włoszech nagminnie spotykamy się z wystawionymi zwłokami osób, wobec których rozwinął się kult. W samej Bazylice Św. Piotra jest „wystawiony” w szklanej trumnie Jan XXIII, w Cortonie i w Montefiascone spotkałam swoje imienniczki.

Moja ulubiona Święta z Casci – także Gosia (no bo jak nazwać Ritę?) – odbiera modlitwy zza szyby. Do tego czcigodnego grona dołączmy Klemensa z Gradary, którego widok w wianuszku tak poruszył Panią Annę, tym bardziej, że jego zwłoki nie zachowały się hmm… tak „dobrze”, jak poprzednio wymienionych mieszkańców Nieba. Trochę mi to nie pasuje do chrześcijańskiego obowiązku pochówku. Nie znam oficjalnego stanowiska Kościoła, ale chyba nie ma nic przeciw, jeśli wierni mają mieć też możliwość wejrzenia (w niedalekiej przyszłości) na szczątki doczesne Jana Pawła II.

Przyznam, że może niewiele podróżowałam po innych krajach i nic nie wiem na temat tego swoistego „wystawiennictwa” w Europie, a tym bardziej poza nią. W swoich obserwacjach mogę pokusić się o jakieś własne wnioski tylko w przypadku Italii. Ale one może trochę później, bo teraz następne zjawisko, a mianowicie niesamowicie rozwinięty kult relikwii. W Polsce niespotykany na taką skalę. Wyobrażenie o nim może dać kaplica z relikwiarzami z Bazyliki Świętego Pawła za Murami w Rzymie. Nawet tu na parafii mamy jakieś relikwie. Aż mi wstyd pisać „jakieś”, ale może to właśnie pokazuje, że nie wywodzę się z tego kręgu „kultowego”.

Może dla kogoś być swoistym szokiem, ale moje myśli dalej powędrowały do sklepów mięsnych. Na południu Italii, w Pugli, spotykałam takie, w których w oknie wisiały całe tusze zwierzęce.

Ale nawet tutaj, w supermarkecie, nikogo nie dziwi, ni brzydzi, widok gołębia zapakowanego wraz z łebkiem.


Ten przeskok myślowy krąży mi cały czas wokół pojęcia turpizmu. W literaturze tak nazywa się zabieg polegający na wprowadzeniu do utworu elementów brzydoty w celu wywołania szoku estetycznego. To tendencja niektórych kierunków poetyckich, której cechą jest antyestetyzm i swoisty kult brzydoty. Czy Włosi mieli w ogóle ten trend w literaturze? Szukałam długo jakiegoś tłumaczenia i nie znalazłam, nie znaczy że go nie ma, ale sama trudność znalezienia już mi coś mówi. W kraju, który kojarzy nam się z pięknem, szlachetnością, nikogo nie straszą elementy brzydkie, straszne, nie są one antyestetyczne, wręcz przeciwnie, podejrzewam, że ten łebek gołębia został umieszczony dla ozdoby.

Italia jawi mi się jako miejsce pełne sprzeczności. Z jednej strony słynie z mody, z drugiej strony młode kobiety potrafią przyjść na Mszę w dresie, owszem markowym, ale dresie. Z jednej strony mamy starannie wypielęgnowane podwórka z zielenią, z drugiej strony na tym samym podwórku stanie obrzydliwy komplet plastykowych mebli ogrodowych. Może więc i te zwłoki i te mięsa składają się na ten sam wachlarz włoskich niezwykłości?

jest już późno i nie mogę znaleźć pozostałych zdjęć do tekstu, trzeba będzie poszperać w archiwaliach, ale to nie dziś

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza