poniedziałek, 17 czerwca 2013

CHRONOLOGICZNY FIKOŁEK

Siedzę nad dłuższym wpisem z pewnej wycieczki, ale zanim go napiszę, wkleję świeże impresje z wczorajszej wyprawy do Florencji, nie wszystkie, bo głównym powodem do wyprawy był znowu wykład, ale o tym później.
Wyjątkowo Grand Tour skrzyknął nas rankiem w niedzielę, ale dla wyjątkowego miejsca.
Zaraz po Mszy św. wsiadłam w  pociąg, miałam nadzieję, że porysuję jeszcze przed wykładem, bo według rozkładu jazdy pociągów, miałam być dużo wcześniej przed umówioną godziną.
Taaaa
Nie zdradzę dokąd jechałam, ale musiałam jechać z przesiadką, co nie okazało się takie proste. Ale o tym wspomnę przy relacji z wykładu.
Chodzi o to, że tachałam ze sobą sprzęt do rysowania, a mogłam go spokojnie zostawić w aucie, by dotarł do mnie wraz z Krzysztofem, który dołączył do mnie po odprawieniu Mszy św.
Skoro targałam ze sobą i poduszkę i duży szkicownik i przybornik, no i, oczywiście, aparat, plus książka do pociągu, to nie mogłam potem z tym zbyt długo spacerować. Najpierw pomyśleliśmy o obiedzie, a że w okolicy nie widać było żadnego wyszynku, ruszyliśmy do centrum Florencji.
Tym razem nie będę pisać o jedzeniu, choć ponoć flaki Krzysztofa były smaczne i ponoć robią tam pyszną pizzę, chodziło mi o miejsce, o którym kiedyś pisałam, czyli o wieży zamku Albertich.
Ja nie byłam zadowolona z carbonary, za to kilka kroków dalej znalazłam "ukojenie" w przepysznych lodach, w których absolutnym przebojem okazał się smak "after eight". Zawsze lubiłam połączenie mięty z czekoladą, a jeśli jeszcze jest ona chłodna i je się ją w spory upał, to nic tylko polecać Gelateria La Carraia (ma dwa lokale, myśmy kupowali w tym na Via de'Benci). Dobre wrażenie zrobił też obsługujący, miły, ale i domyślny. Po zjedzeniu lodów, weszłam do środka trzymając dłonie lekko do góry i chciałam zapytać się o kapkę zimnej wody. Jeszcze nie zdążyłam nic powiedzieć, a pan już namaczał papierowy ręcznik. Bravo!
Lekkie schłodzenie lodami dało na tyle wytchnienia, że dotarliśmy do Loggia dei Lanzi i zakończyliśmy spacerowanie. Krzysztof oddał się lekturze a ja rysowaniu.
W taki jeszcze nia najgorszy upał Loggia sprawdza się idealnie. Ani chłodno ani gorąco, można w niej siedzieć godzinami. Turyści doceniają czasami tylko te jej walory i kładą się opierając nogi o pomniki. Dwóch pilnujących panów ma co tam robić. Ciągle tłumaczą, że to muzeum, owszem w plenerze, ale muzeum. Nie pozwalają kłaść się, jeść.
Koło nas rozłożyła się grupka hiszpańskiej młodzieży. Dziewczyny bardzo zmęczone, oparły skądinąd zgrabne nogi i na zwróconą im uwagę usiłowały dość żywiołowo wytłumaczyć, że słabo im się od gorąca zrobiło.
Pilnujący pytał się nas i siedzące z drugiej strony niemieckie dziewczyny, o czym tamte mówią. Niemki, zgodnie z etymologią słowa, pozostały nieme. Wytłumaczyłam panu, że chyba im słabo i poprosiłam, żeby dał im pięć minut. Odpuścił, ale poszedł i opowiedział to koledze, chyba bardziej bystremu, więc wrócił wcześniej i powiedział, że jeśli im słabo, to mogą zadzwonić po karetkę.
Mogłoby się wydawać, że robi się mały zgrzyt, ale postawa pilnujących panów, bardzo mi się spodobała, gdyż potem jeszcze kilka razy podchodzili do dziewczyn i sprawdzali, jak się czują, z troską pytali, czy może jednak chcą skontrolować stan zdrowia. Młode Hiszpanki przekonały się do nich i spokojnie potem z nimi rozmawiały. Co ciekawe, one po hiszpańsku, oni - po włosku.
Na szczęście rysować mogłam bez przeszkód, wszak w muzeum pod dachem też można. No, chyba że zaliczyć jako przeszkodę defiladę prowadzącą zawodników na Piazza Santa Croce, gdyż akurat tego dnia był mecz między Zielonymi od św. Jana a Niebieskim ze Świętego Krzyża. Musiałam porobić parę zdjęć, zebrać kolekcję portretów.

Może taką piłkę z racji niewątpliwych egzotycznych jej walorów, byłabym w stanie obejrzeć, ale nie na patelni pełnej słońca, jaką jest Piazza Santa Croce. Gdy wracaliśmy na parking, widziałam z daleka kibiców "Niebieskich", na ich miejscu zaliczyłabym udar słoneczny.
Jeszcze jeden pan odrywał mój wzrok od rysunku. Tak elegancki turysta to absolutna rzadkość!

Trzeba było wracać do domu. Zdążyłam zrobić szkic. Lubię niedopracowaną formę, nie będę już nic poprawiać, to taki ślad ostatniej niedzieli.

I jeszcze kilka śladów fotograficznych:


sobota, 15 czerwca 2013

ROMAŃSKIE PEREŁKI I ... LAWENDA

Wielokrotnie na blogu pisałam o swoim zafascynowaniu romańską sztuką. W Toskanii apetyt na ten styl można zaspokajać niemal na każdym kroku. Oczywiście mogą to być tak spektakularne miejsca jak Sant'Antimo, czy Pole Cudów w Pizie, ale jest też romanizm cichy, taki, który jest prosty, nie kusi wielu turystów, taki na wyciągnięcie ręki.
Niedawno zobaczyłam dwa romańskie kościoły z okolic Pistoi.
Na obydwa czaiłam się już od dawna, ale zawsze było jakoś nie po drodze.
Pierwszą okazją było odwiedzenie mojej przyjaciółki przebywającej na wakacjach nieopodal San Baronto. Powiedziałam sobie, że teraz już nie odpuszczę. Zawsze jadąc przez tę okolicę zastanawiam się, jak wygląda romańska krypta, do której prowadzi stary drogowskaz.
W końcu wiem.
Znam kilku moich czytelników, którzy wybrali na miejsce pobytu kemping w San Baronto, po drodze do swojego lokum musieli widzieć kościół pod patronatem mało znanego świętego.
To francuski mnich - pustelnik, który właśnie na szczycie łańcucha górskiego Montalbano dokończył swojego żywota. Nad jego grobem zbudowano oratorium, potem przekształcone w świątynię, której oryginalną część stanowi jedynie krypta (choć i to nie jest pewne), reszta jest wynikiem wielu interwencji, głównie po II Wojnie Światowej.
Najpierw wita wielka łąka, na skraju której umieszczony jest głaz. Z daleka tylko głaz, ale gdy się podejdzie bliżej, widać na nim drobne figurki kolarzy i budynków. Wcale nie odwróciłam fotografii, kolarze wspinają się tak po głazie, zapewne aby dać odbiorcy pojęcie o wysiłku, jakim jest pokonywanie dróg w Górach Montalbano. Przynajmniej ja bym tak odczuwała jazdę pełną zakrętów drogą pod górę.
Ale co tam głaz!
Czeka mnie większa uczta.
Prosta fasada, prosta nawa, ale pełne uroku tkwiącego właśnie w tej prostocie.
Mamy do czynienia z odbudową powojenną, jedyną, która zachowała się w oryginalnej formie jest właśnie krypta. Choć i to nie jest do końca pewne. Czy to oryginalna struktura, czy tylko z użyciem oryginalnych elementów, jakimi są kolumny? Kapitele kolum nie są wielce zróżnicowane, choć, oczywiście, nie brak im zdobień.
Mimo, że to krypta, wyobraziłam sobie tutaj ślubną uroczystość. Skąd takie skojarzenia? O tym za chwilę, gdy opiszę drugi kościół.
Na razie chodzę w kamiennym lesie. Obiecana przy zejściu do podziemia fotokomórka nie zapala światła, więc nieźle się gimnastykuję, by zrobić zdjęcia bez statywu. Absolutna cisza, żadnego turysty, na kempingu pewnie jeszcze pustki, ale czy ktoś z mieszkających tam nawet w sezonie zagląda do niepozornego kościoła, by spotkać ślady XI wieku?
Wyczytałam w książce o romańskich światyniach tego regionu, że krypty są charakterystycznym elementem jedynie kościołów zakonnych. Nie wiem, czy rzecz dotyczy wszelkich kościołów z kryptami, czy tylko tej okolicy, choć gdy sobie przypomnę wszelkie inne, to chyba jednak można rozszerzyć tę zasadę i w ten sposób rozpoznać pochodzenie budynku.
W niedoświetleniu nie udało mi się zrobić zdjęcia jedynej ludzkiej sylwetki na kapitelu kolumny, pierwszej po zejściu lewą stroną. To prosta sylwetka wyryta w kamieniu, wzruszająco prosta.

Drugi kościół leży niemal dokładnie po drugiej stronie Pistoi, na północ od miasta. Z domu jadę do niego także mniej więcej 25 minut, trasę wydłuża głównie miasto, choć na samym końcu też czeka wspinaczka po zakrętach.
To Pieve di S. Giovanni di Montecuccoli, bardziej znane pod nazwą Chiesa di Valdibure.
Olbrzymie stado cyprysów wita każdego przybywającego.
Z zewnątrz znowu widzimy bardzo prostą fasadę, jednak samo otoczenie (ekspozycja na wzgórzu) zapowiada, że mamy do czynienia z kościołem o dużo większym znaczeniu eklezjalnym.
Już kiedyś wyjaśniałam, że pieve to kościół stanowiący centrum religijne danej okolicy, to tutaj np. przynoszono dzieci, by je ochrzcić.
Zaraz przy wejściu jasna więc staje się nisza z chrzcielnicą.
Samo wnętrze jest większe, nadal mamy do czynienia z pojedynczą nawą. Tuż przed prezbiterium są dwie boczne, dużo większe od tych z San Baronto, kaplice, co upoważnia do nazwania całej struktury nawą poprzeczną (transeptem).
Od razu daje się we znaki unosząca się ku prezbiterium podłoga. Zapewne wynik osiadania budynku. No bo raczej nikt chyba z zamierzenia nie budował takiej równi pochyłej?  A na koniec przejścia nawą pod górę czekają jeszcze schody. Zadziwiające, każące domyślać się drugiego podziemnego poziomu, ale nic o nim nie wiem. Lecz w jakim innym celu stworzono by takie wzniesienie w świątyni?
Zdjęcia wnętrza zobaczycie niżej, w pewnej specjalnej konfiguracji. A na razie kilka detali:

Kolorytu, dosłownie, dodają XVI wieczne freski, bardzo dobrze kontrastując z szarością kamienia.
Temat podobny, jak w mozaikowych absydach bardziej znanych romańskich kościołów - czyli Tronujący Chrystus. Zaraz poniżej historie Jana Ewangelisty, gdyż to on jest patronem parafii.

Oprócz tych malowideł na ścianach wisi kilka obrazów, dzieł lokalnych artystów.
To św. Małgorzata z Cortony, św. Sebastian oraz Matka Boża Różańcowa.
Na uwagę zasługuje spotykany tutaj często "obraz w obrazie". Ten konkretny, z XVII wieku,  przedstawia Matkę Bożą Różańcową ze świętymi, przy czym święci są w części będącej poniekąd ramą.
O Małgorzacie z Cortony jeszcze wspomnę.
Wychodząc z kościoła nie sposób nie zauważyć niezwykle barwnego balkonu, który użycza swoich subtelnych barw światłu wpadającemu przez małe biforium z fasady.

Unikałam pokazania Wam wszystkiego, gdyż teraz dopiero chcę ujawnić z jakiej okazji udało mi się w końcu zobaczyć wnętrze.
Samą świątynię z zewnątrz widziałam wiele razy, ale nigdy środka.
A okazja była taka, że miałam delikatnie musnąć wnętrze ślubną dekoracją. Zapewne domyślacie się, że to klienci Joanny postanowili powiedzieć sobie w Pistoi sakramentalne "tak",  Joanna przygotowała całość, Krzysztof im pobłogosławił, a ja skromnie i z chęcią dopomogłam.
Zacznę od bukietu, gdyż to on był inspiracją reszty.

Panna Młoda wymarzyła sobie bukiet z lawendy. Ba! Za wcześnie, żeby nazrywać kwitnącą. Znajomy kwiaciarz nie podjął się znalezienia kwiatów. Wymyśliłam, że przecież w sprzedaży są lawendy w doniczkach. Poszłyśmy z Joanną na rynek, znalazłysmy człowieka handlującego lawendą, dowiedziałyśmy się, że jest zawsze w środy, więc spokojnie czekałyśmy do środy tuż przed weselem. No i się przeczekałyśmy. Pan był wcześniej na jakichś targach w Genui, gdzie na pniu sprzedał wszystkie krzewy kwitnącej lawendy, zwanej tutaj francuską. Miał tylko angielską, motylkową, o zbyt intenyswnym nasyceniu fioletem przechodzącym w bordo.
Trzeba było zmienić koncepcję, bukiet powstał wokół jednej kuli czosnku ozdobnego otoczonej kwiatami szałwii (bezczelnie wiatr akurat zwiał kwitnące u mnie i dokupiłam doniczkową) oraz lawendy motylkowej o jasnym odcieniu, wziętej z balkonu Joanny :) Wszystko delikatnie owinięte gałązką jaśminu.


Pomysł na lawendowy bukiet podsunął mi zapachowy trop w dekoracji. Ponieważ miało być delikatnie, nie kupowałam żadnych okazałych kwiatów, użyłam ziół, rozmarynu, szałwii, krwawnika, lauru i tiulu. Do tego świece w pojemnikach z ziemi sieneńskiej.

"Oczyściłam" przestrzeń ze zbędnych nowoczesnych ławek na podwyższeniu, pochowałam, co się dało, by nie wchodziło w kadr obiektywu.
Ławka dla młodych była już przystrojona. Ale jaka ławka!
Oprócz najważniejszego powodu do zadowolenia, jakim był sam ślub, w końcu po Mszy św. nowożeńcy mogli cieszyć się słońcem i zrobić sobie zdjęcia plenerowe ze spektakularnymi wzgórzami w tle i panoramą ciągnącą się od Pistoi po Florencję, do której zresztą potem pojechali świętować.
A jeszcze godzinę wcześniej lało, grzmiało, gradem uderzało.
Miałam też w końcu możliwość zobaczenia Joanny w akcji. O jej zaangażowaniu niech świadczy zdjęcie z pieskiem. To nie jej pupilek. Jak widzicie, nawet opiekowała się zwierzakiem Panny Młodej. Zastanawiam się tylko, co by zrobiła, gdyby to był kot? Bo z kotami to ona za pan brat raczej nie jest :)
Napisałam, że jeszcze wspomnę o obrazie ze św. Małgorzatą. Otóż i fragment z obrazu, i fresku, i Joanna, a na koniec (a jakże by inaczej?) Krzysztof tworzą tematyczną kompozycję:

O ślubie nie będę się rozpisywać. O tym, jak to wszystko zostało zorganizowane, znajdziecie na blogu Joanny, w artykule gościnnie napisanym przez Pannę Młodą. Wspomniałam o uroczystości dlatego, żeby pokazać Wam piękną romańską świątynię, niezwykle obleganą przez tutejsze młode pary, chyba widać dlaczego. Choć przyznam, że i krypta z San Baronto widzi mi się też jako dobre tło dla ślubu. Już ja bym tam wymyśliła jakąś "scenografię".
Miałam okazję złożyć życzenia Młodym osobiście, ale i tu z chęcią ponowię, by ich miłość była piękniejsza od Toskanii :)

środa, 12 czerwca 2013

BLOGOWA MAPA TOSKANII

Od dłuższego czasu chodziło za mną zrobienie mapy, na której zgromadzę linki do wszystkich wpisów, nazwijmy to turystycznych. Uświadomi mi to, co już zobaczyłam, gdzie chętnie wracam, wskaże "białe plamy" na mojej mapie Toskanii.
Zmotywowało mnie też to, że ciągle dostaję listy od czytelników, którzy czytają blog traktując go jako swoisty przewodnik. Przebicie się przez tyle zapisków wymaga niezłego samozaparcia, więc może to ułatwi przygotowanie się do podróży?
To taka odmienna wyszukiwarka. Wystarczy na mapie wybrać interesujący Was rejon, jeśli tam byłam (będę), miejsce zostało (zostanie) oznaczone niebieską pinezką. Po kliknięciu na nią pojawi się okienko z linkami do konkretnych blogowych wpisów.

Na razie w większości opracowałam Florencję, ale publikuję już mapę, bo zapewne ktoś wybiera się głównie w celu jej zwiedzania. Link do mapy na stałe zagości w prawej kolumnie. Obiecuję ciągłe jej uzupełnianie.


Pokaż

niedziela, 9 czerwca 2013

MAŁŻEŃSTWO

Nie jest to światowy rekord - 45 lat wspólnej drogi, ale w obecnych czasach warto pielęgnować każdą rocznicę, warto uhonorować każde małżeństwo, które trwa ze sobą i po 45 latach widać głęboką relację między małżonkami. Ona - krawcowa, on - rzeźnik, obydwoje nadal dla mnie bardzo egzotyczni. Joanna, gdy zobaczyła Frankę po raz pierwszy, powiedziała: Sipińska.
Jaką była krawcową, nie wiem, ale na pewno jest świetną kucharką. Zawsze deklaruje swoją pomoc "w razie czego". Mam nadzieję, nie sprawdzić wiarygodności jej słów. Ale miło mieć wsparcie "w zapasie".
Fabio, kruczoczarny, twierdzi, że to jego naturalne włosy. Przyglądałam się i nie odkryłam farbowania, tylko kilka siwych włosów. Jest najprawdziwszym rzeźnikiem, nie sprzedawcą w mięsnym sklepie. Wynalazł i opatentował jakiś specjalistyczny nóż. Mistrz rock'n'rolla. Oczywiście sprzed kilkudziesięciu lat.
Obydwoje mają około 70 lat.
Archanioł Rafał bardzo im sie spodobał.
To osoby, które najczęściej zapraszają nas na obiad. Zawsze do domu. Tym razem Franka miała święto, poszliśmy z nimi na "morski" obiad. Nie będę opisywać menu, bo wolę zatrzymac się na postaciach i kawałku dobrego życia.
Kilka dni temu zobaczyłam ich zdjęcia ze ślubu, nie wiedziałam, czyje. Fabio rozpoznałam od razu, Franki w życiu bym nie skojarzyła z obecną panią w sile wieku.
Zdjęcia przydały się też do odtworzenia dekoracji kwiatowej sprzed 45 lat. Były to skromne białe goździki. Dodałam trochę czerwonych na balaskach, gdyż wyszukałam na włoskiej stronie, że to rubinowa (czerwona) rocznica. Na polskojęzycznych stronach to szafirowe małżeństwo. Głęboka czerwień goździków idealnie zgrała się z krawatem Fabio, nieprawdaż? Ale to absolutny zbieg okoliczności.

czwartek, 6 czerwca 2013

DONATELLO BEZ WDZIĘKU

Oj! Poczekał sobie Donatello na lepsze czasy, czyli na długie chwile, gdy mogę w spokoju zasiąść i odsłuchać całość wykładu poprowadzonego, jak zwykle, przez Lukę Vivona uporządkować go i, ewentualnie i, ewentualnie, dodać coś od siebie.
Zapraszam znowu do Muzeum Katedralnego, do jednej tylko sali, w której zgromadzono dzieła artysty. Nie wszystkie rzeźby tego dnia były na miejscu, gdyż trafiły na wystawę w Palazzo Strozzi, która jeszcze trwa i mam nadzieję na nią dotrzeć.
Dorobek Donatella obfituje w dzieła, gdyż, jak na tamte czasy, żył długo - 80 lat i był bardzo pracowity. Pierwsze, co przychodzi na myśl, jeśli chodzi o Donatello, to jego niesamowita kreatywność, zawsze świeże spojrzenie na rzeźbę.
Życiorys Donatella spisany przez Vasariego jest jednym z ciekawszych i piękniejszych, wielkie wrażenie robi spis dzieł, które pozostawił po sobie rzeźbiarz, a wszystko przeplata smakowitymi opowiastkami, jak ta o krucyfiksie (pisałam tutaj). Do innych mam nadzieję jeszcze kiedyś razem z Wami zajrzeć.
Tenże Vasari rozróżnia trzy maniery, można by powiedzieć trzy szkoły: pierwsza to Giotto, drugą wiąże z Masaccio (tu lokuje takie renesansowe nazwiska jak Brunelleschi, Donatello, Luca della Robbia), a trzecia promieniuje nazwiskiem Michała Anioła (zwana  maniera moderna), w tym kręgu jest i Leonardo da Vinci i Rafaello. Do tej ostatniej stylistyki Vasari zalicza i siebie.
Donatello stwarza jednak poważne trudności w klasyfikacji. Datą urodzenia bliski jest renesansowym artystom z drugiej maniery, lecz niektóre rozwiązania stylistyczne wyprzedza o niemal wiek. Zauważmy, że rodzi się w 1386 roku, Leonardo da Vinci w 1452, a Michał Anioł w 1475.
Inną ważną cechą Donatella jest fakt, że wraz z Brunelleschim ( 9 lat starszym od niego) jako jeden z pierwszych sięgnął po inspiracje do świata antycznego Rzymu, który odkrywał wraz z przyjacielem podczas wypraw do Wiecznego Miasta. Chodził z Filippo, robił odkrywki archeologiczne, co było wtedy absolutnym novum. Ludzie myśleli, że oni szukają skarbu, nawet tak ich nazywano "ci od skarbu". Kto by ich posądził o archeologię?
Dlaczego jeździli do Rzymu? Ponieważ Florencja nie obfituje w pozostałości rzymskie. To bardzo ciekawe, we Florencji rodzi się idea antyku, ale samego antyku w niej jak na lekarstwo. O wiele większe predyspozycje miały ku temu takie miasta, jak Mantua, Padwa, Werona, czy nawet Rimini.
Tak przygotowani wejdźmy do Museo dell'Opera del Duomo do sali, w której zgromadzono dzieła Donatella. To cenna okazja do prześledzenia rozwoju stylu rzeźbiarza.
Dzięki olbrzymiemu przedsięwzięciu, jakim była budowa florenckiej katedry (rozpoczęta w XIII wieku, zakończona wraz z położeniem elewacji w XIX wieku), możemy dzisiaj obcować z dziełami wybitnych artystów, wystarczy wspomnieć Giotto, Pisano, Brunelleschiego, Ghibertiego, della Robbię, czy w końcu Donatello, wzywanego parę razy przez komitet budowy świątyni.
Po raz pierwszy poproszono go w 1408, by zrealizował dwa posągi proroków, obecnie znajdujące się w muzeum rzeźby w Bargello (opisy w internecie informują, że rzeźby są w muzeum katedralnym - niestety, nie).
Następnie znowu go wezwano, by stworzył proroków dla dzwonnicy, na trzeci jej poziom.
Pierwszym jest bliżej nieokreślony profeta, zwany "zamyślonym".
Drugiego określa się mianem "bez zarostu".
Przypuszcza się, że artysta nadał mu rysy swojego przyjaciela Filippo Brunelleschiego.  Postać wskazuje palcem na trzymany arkusz papieru. Być może były tam namalowane jakieś słowa, ale dzisiaj są nie do odczytania. Mamy do czynienia z rzeźbą z marmuru, w oryginale białego marmuru. Tu okrutnie już zabrudzonego.

Mimo tej przeszkody widzimy, że już we wczesnych rzeźbach Donatello rezygnował z pojęcia piękna, wdzięku na rzecz wyrazu, ekspresji postaci. Brud w większości zakrył ślady chromatyzmów, czyli podmalówek wykonanych przez samego autora. Pamiętacie wizytę w domu Michała Anioła? Wspominałam wtedy o podobnej technice. Teraz możemy się przekonać, skąd szła inspiracja. Zresztą nie tylko w podmalówkach Donatello był mistrzem dla Michała Anioła, ale o tym później.
Znowu pojawia się problem odnawiania, czy też czyszczenia dzieł sztuki. W przypadku Donatella, wraz ze zdjęciem brudu, zlikwidowano delikatne podmalowania wykonane przez rzeźbiarza. Podobne straty dotyczą na przykład Kapeli Sykstyńskiej, w której podczas prac zmyto naniesione przez Michała Anioła na sucho przecierki, zniknęły welony, czasami nawet oczy. W Lukce jest cudowny posąg Ilarii Jacopo della Quercia, której podczas konserwacji zmyto całą autorską woskowaną patynę.
Czy brud stanowi część dzieła? A może raczej historii tego dzieła? Czy go zostawiać? Czy ryzykować utratę chociażby podmalówek zwiększających ekspresję rzeźby? A może dałoby się tak umyć figurę, by nie stracić subtelnych wykończeń?
Z takimi pytaniami stajemy przez następnym prorokiem, znanym z imienia (wykute na szarfie) - Jeremiaszem.
Zdjęto z niego brud, ale zabrano mu ekspresję, jego oczy są ślepe.
A wyglądały przedtem tak:
http://www.scultura-italiana.com

http://habanera-nonblog.blogspot.it/2008/10/saper-guardare-1.html
Były podmalowane czarną farbą. Strata niewątpliwa!
I Jeremiasz i sąsiadujący z nim prorok Habakuk, zwany Lo Zuccone (głowacz, łysa pała, tępak - jak wolicie) mają bardzo pewną atrybucję, gdyż są podpisane. Choć tę pewność tak naprawdę to mają chyba tylko historycy sztuki, bo wiadomo, że powszechną praktyką było autorskie wykańczanie dzieł zaczętych przez ucznia i firmowanie ich jako własnych.
Tego typu rzeźba stoi po lewej stronie Zuccone.
Wróćmy do Jeremiasza, by odkryć sekret Michała Anioła. Porównajcie sami Dawida i rzeźbę Donatella.

http://www.lombardiabeniculturali.it/
Nie mówimy o plagiatach, ale właśnie o inspiracji. Ciekawie, że Donatello nigdy nie zyskał takiego uznania we Florencji, jakim cieszył się jego następca po fachu. Nie nazwano go "boskim".
To jeszcze nie wszystkie wpływy. Pierwszym, który umiał w reliefie oddać głębię trzech wymiarów był właśnie Donatello. I znowu odsyłam do wpisu o Michale Aniele i jego płaskorzeźbach, ewidentnie czerpiącym z dokonań poprzednika.
Wraz z postacią proroka Habakuka zbliżamy się jeszcze bardziej do tematu wykładu. To niezwykle ważna rzeźba w dorobku Donatello.
Artysta wyraźnie skręca w kierunku brzydoty, pozostawia kategorię piękna innym renesansowym kolegom.  Możemy powiedzieć o rzeźbie, że jest piękna, ale piękna jako dzieło, lecz o samym proroku trudno byłoby powiedzieć, że przystojniaczek z niego, nieprawdaż? Vasari mówi o Habakuku, że to portret Franciszka Soderiniego (przeciwnika Medyceuszy).  Artysta podczas pracy nad dziełem ciągle powtarzał "gadaj, gadaj, niechbyś czerwonki dostał".
Donatello tak bardzo cenił tę rzeźbę, że przysięgał zawsze na nią, mówiąc "Na mego Habakuka".
Komitet zamawiający był na tyle zafascynowany zrealizowanym zamówieniem, że postanowił zmienić planowane położenie posągów (Habakuka i Jeremiasza). Pierwotnie miano je umieścić na najmniej widocznym północnym boku dzwonnicy, zdecydowano się na najlepsze miejsce, od strony zachodniej. Obecnie są tam kopie. Co ciekawe, na "mało atrakcyjną ścianę" trafili Andrea i Nino Pisano.
Oryginały przeniesiono do muzeum w 1937 roku. Marmur nie tylko brudzi się, ale wystawiony na warunki atmosferyczne zamienia się w zwykły gips.
Po jednym z następnych wypadów do Rzymu Donatello otrzymuje zamówienie od kanoników katedralnych na kantorię, czyli trybunę śpiewaczą. Obiecują, że jeśli wykona swoją lepiej od della Robbi (obecnie na przeciwległej ścianie) otrzyma 50 florenów za jeden kawałek (o 10 florenów więcej od Luki). Miałabym wielki problem z określeniem, że któraś kantoria jest lepsza. Pisałam o nich w pierwszym opisie muzeum.
Dzisiaj tylko o kantorii Donatella.
Widać w niej wyraźny wpływ rzymskich sarkofagów. Amfory, kolumny, maski, festony, czy cały układ - nasiąknięte są antykiem. Rzeźbiarz "na chwilę" odchodzi od "brzydkiego" naturalizmu.
Obiekt umieszczony był w głębokim cieniu, aby rozświetlić miejsce, artysta użył złoconych elementów dekoracji, w tym tło wyłożył złotymi płytkami, co z kolei przypomina mozaiki bizantyńskie.
Zamawiający bardzo docenili Donatella i, według zachowanego w archiwum rachunku, zapłacili za dzieło dwukrotnie więcej niż Luce della Robbia.
Zwieńczeniem linii ekspresywnej, naturalistycznej u Donatella (oczywiście w katedralnym muzeum) jest Maria Magdalena (także już przeze mnie wspominana) - rzeźba w drewnie topoli białej.
Antyk to nie tylko spokojne linie, harmonia, doskonałe kształty, to także groteska, maska, potwory. Nie tylko więc kantoria swoją dostojnością wpisuje się w renesansowe nawiązanie do starożytności, ale i ta brzydka, zniszczona ascezą kobieta wskazuje na inspiracje rzeźbiarskie Donatella. Brzydota jej ma niezwykłą siłę wyrazu, intensywnie wpływa na nasze doznania natury ludzkiego ciała. Można się pokusić o stwierdzenie, że brzydota jest bardziej ekspresywna od piękna. Takie podejście do sztuki każe traktować naszego bohatera wykładu jako wyjątkowo nowoczesnego artystę, protagonistę sztuki nowożytnej.
Kantoria wywołuje dobre doznania, miłe oku, lecz to Maria Magdalena zatrzymuje na dłużej każdego zwiedzającego. Donatello tworzy ją sam będąc ciężko chorym, rozumiał więc odczucia pokutującej świętej.
Zastanawiające, lecz zapewne przemyślane jest użycie topoli białej, mało cennego drewna, a następnie pokrycie jej złotem, resztki polichromii widać w zakamarkach posągu. Do tego jeszcze temat - zniszczona ascezą kobieta, a do tego jeszcze historia rzeźby ciężko doświadczonej przez wylane wody Arno w 1966 roku. I to złoto!
Mimo, że mamy do czynienia ze zwykłą topolą, to wcale nie oznacza łatwości rzeźbienia w niej. Kamień (dzięki jednolitej budowie) daje większe możliwości ukazania miękkości, drewno ma niejednorodną strukturę, jest włókniste, co utrudnia pracę z tym materiałem.

Jak już wspomniałam na początku, rzeźbiarz pozostawił po sobie bardzo bogaty dorobek, nie tylko ten "bez wdzięku". To, co ma katedralne muzeum, jest jego małym wycinkiem, choć zapewne stanowi i tak marzenie wielu muzeów, by posiadać choć jedno dzieło na tak niezwykłym artystycznym poziomie.  Z łatwością można nazwać Donatello ojcem włoskiego renesansu.

wtorek, 4 czerwca 2013

SKRZYDLATE PREZENTY

W końcu pogoda pozwoliła mi na wyjście do ogrodu i ulokowanie się z pracownią w altanie. Bywa, że jeszcze muszę ciepło się ubrać, ale już nie zamarzam.
A co malowałam?
Dwa prezenty.
Jeden to taki lekko nietypowy Anioł Stróż namalowany z okazji urodzenia dziewczynki. Na rowerze,  (a racze na bicyklu), bo obydwoje rodziców to zapaleni rowerzyści szosowi, jeżdżący niemal wyczynowo. Także kolor roweru jest znaczący, bo koleżanka ma różowy miejski rower.
Obraz namalowany na płycie oklejonej płótnem. Wykorzystałam ciekawą ramę z szybą, która jest odsunięta od płaszczyzny płyty, co dodaje poczucia przestrzenności.

Drugi anioł to sam Archanioł Rafał. Tym razem okazją jest 45 rocznica ślubu Franki i Fabio. Zaprosili nas na uroczysty obiad, nie mogę pójść z pustymi rękami.
Zazwyczaj Archanioła Rafała kojarzy się z Tobiaszem, któremu towarzyszył w wędrówce ten skrzydlaty posłaniec. Stąd kostur jako atrybut. Ryba została wyłowiona przez Tobiasza za namową Rafała, który powiedział swojemu podopiecznemu, że niektóre części zwierzęcia przydadzą się mu jako lekarstwa.
A małżeństwo?
W jedynej księdze Starego Testamentu wspominającej Archanioła Rafała, Księdze Tobiasza, młodzieniec przybywa ze swoim opiekunem do dalekiego krewnego, którego córka Sara była opętana przez demona. Tobiasz posłusznie wykonał polecenie spalenia części zabranej ryby oraz modlitwy. Demon opuścił Sarę i ta została żoną młodzieńca.
Oto dlaczego Archanioł Rafał jest też patronem małżonków.
Akryl na dachówce:

sobota, 1 czerwca 2013

GEOMETRIA - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Taki dodatek do poprzedniego wpisu. 
Powrót z obiadu i ulica, którą pierwszy raz dochodziłam do Duomo.