sobota, 13 marca 2010

WYPRAWA NA ZARZECZE

A właściwie to powinnam napisać na Zaarnie, florenckie Zaarnie (Oltrarno).

Teraz pomieszam w czasie, a co! Pogoda może, to i ja przestanę pilnować porządku i chronologii. Wracamy więc do niedzieli 7 marca. Tym razem wycieczkę poprzedziło dość drobiazgowe przygotowanie. Szperałam po wszelkich dostępnych mi książkach i przewodnikach, by znaleźć informacje o jedynie dwóch kościołach: Santa Maria del Carmine oraz Santo Spirito.
Wybraliśmy się zaraz po Mszy św. połączonej z rekolekcjami. Byliśmy bez obiadu. Pierwszym punktem musowo musiała być jakaś jadłodajna instytucja. Zaparkowaliśmy pechowo w takim miejscu, że trudno było znaleźć jakikolwiek czynny wyszynk. Z ulgą znaleziony otwarty lokal niestety miał wszystko zarezerwowane, a tak pięknie kusił zapachami. W końcu trafiliśmy na dość pustą pizzerię z przedziwnym wystrojem wskazującym na powiązania z Neapolem. Nawet balkonik z gaciami znalazł się jako wystrój. Tak też powiązane było menu, albo pizza (ale nie popołudniu), albo stwory morskie, na które jakoś nie mieliśmy ochoty. Krzysztof w końcu skusił się na wstążki z sosem grzybowym a ja nieszczęśliwie na eskalopki w sosie cytrynowym. To chyba pierwsze zastosowanie mojej ulubionej cytryny, które nie wejdzie do preferowanych smaków z wykorzystaniem cudownie żółtego owocu. Podczas posiłku byliśmy świadkiem rozmowy zbłąkanego samotnego Japończyka nie znającego żadnego słowa po włosku z kelnerką mówiącą oczywiście jedynie w ojczystym języku. Właściwie to skłamałabym, że Japończyk nie znał ani słowa, ciągle, niczym mantrę powtarzał "spagieti" z akcentem na ostatnią sylabę. I tu się dogadali, ale potem zaczęły się schody, bo z jakim sosem. Mnie rozczuliła przyjmująca zamówienie tłumacząca mu, że sos fasolowy nie pasuje do spaghetti. Przeca to nawet mówiącemu po włosku obcokrajowcowi jest trudno pojąć. Nie od razu daje się rozróżnić, które sosy są bardziej lub mniej przylepne, które stosuje się do makaronów płaskich, przestrzennych a które do klasycznego spaghetti. Jaki makaron w końcu i z jakim sosem dostał Japończyk? Nie wiem, właśnie wychodziliśmy zamieniać się w turystów. 

Zaczęliśmy od Kościoła Santa Maria del Carmine, a właściwie tylko jego jednej kaplicy, do której dociera się w przedziwny sposób. Po prawej stronie fasady wchodzi się w bramę, którą grodzi buda z panią wyznaczającą godzinę zwiedzania. Myśmy nie musieli czekać, wszak to nie sezon, ale warto wiedzieć, gdy się chce tam wejść wtedy, gdy tłumy turystów zalewają Florencję. Rezerwację przeprowadza się telefonicznie (055.2768558 ), albo osobiście, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośrednie powiązanie z nią wizyty. Do kaplicy jednorazowo wpuszcza się 20 osób i pozwala się na zwiedzanie jedynie przez 15 minut. 

No właśnie co znajduje się w Kaplicy Brancaccich? Na jej ścianach spotykają się trzy nazwiska: Masolini, Masaccio i Lippi - autorzy niezwykłego cyklu fresków. Czemu trzy nazwiska? Masaccio był asystentem Masoliniego, gdy ten został wezwany do Budapesztu, jako oficjalny malarz dworu węgierskiego. Gdy wrócił do Florencji, mógł się już jedynie uczyć od Masaccia, tak uczeń przerósł mistrza. Niestety uczeń długo nie pożył i w wieku 28 lat (inne źródła nawet piszą o 26 latach)  zmarł. Masolino pojechał do Rzymu i tam został. Prace zostały przerwane jeszcze z innego powodu, donator (Brancacci) naraził się Medyceuszom  i został skazany na wygnanie. A jednak ktoś dokończył dzieła. Długo nie spostrzegano różnicy stylu, tak znakomicie Lippi wpisał się w prace swoich poprzedników.

Kiedyś opisywałam wizytę w opactwie Monte Oliveto Maggiore i rewelacyjne freski Sodomy oraz Signorellego. Teraz cofamy się w czasie. Stajemy przed malunkami, przed którymi stawali też i Raffaello, Leonardo da Vinci czy Michał Anioł. Vasari powiedział o tych dziełach, że "wszyscy sławni malarze i rzeźbiarze następnych pokoleń uczyli się i prowadzili studia w tej kaplicy". To przełomowe podejście do malarstwa, początki renesansu.  Nie powiem, że nie lubię malarstwa średniowiecznego, wręcz przeciwnie, ale realizm, perspektywa, wnikliwa obserwacja postaci, zindywidualizowanie rysów, mnóstwo ludzkich emocji też wzbudzają we mnie dreszcze najdelikatniejszej radości z obcowania z pięknem. 

Głównym bohaterem fresków jest św. Piotr (rozpoznawalny dzięki pomarańczowej szacie), ale co zadziwiające, najsłynniejszym bodajże fragmentem cyklu jest wypędzenie z raju Masaccia  z przejmującym grymasem Ewy. Ileż bólu i rozpaczy z powodu własnego błędu. To przewidywanie, co ich czeka, poczucie straty, nieodwracalnej zmiany. Ciarki po plecach przechodzą wielkim chłodem. Chłodne jest też niebo, na którym silnie wybija sęi czerwona szata Archanioła.

 

Kiedy już się napatrzę na wypędzonych, zaczynam rozglądać się po kaplicy. Dokładnie naprzeciw położona jest scena kuszenia Masoliniego. Jakże odmienna, olbrzymi kontrast. Niemal sielankowa scena, tylko co tam robi wąż z ludzką głową? No i ten wzrok z jakim spoglądają na siebie Ewa i Adam, mało miłosny, nieprawdaż?

Przeskoczyłam na drugą stronę kaplicy, a przewodniki "rozpisują" ją na kwatery pasmowo, najpierw góra, potem dół. No to wracam do drugiej sceny znanej pod nazwą "Grosz czynszowy" albo "Płacenie daniny". Jak to często bywa jedna płaszczyzna zawiera trzy sceny rozłożone w czasie. Pośrodku duża grupa Jezusa z uczniami spotyka pod bramami Kafarnaum poborcę podatkowego. Jezus odsyła Piotra nad brzeg jeziora Genezaret, by z pyszczka ryby wyjął potrzebne dwie drahmy. Ciekawe, że scena samego cudu jest niepozorna, cofnięta z lewej strony na dalszy plan. Z prawej natomiast do przodu wysuwa się płacenie daniny. 


Na tym samym poziomie, ale na sąsiedniej ścianie po dwóch stronach ołtarza Masalino namalował "Nauczanie św. Piotra" a Masaccio "Chrzest neofitów". Skromniejsze sceny, obydwie rozgrywają się u podnóża gór, o które wszak w Toskanii nietrudno.

Nie miał chwili wytchnienia św. Piotr, już czekają na niego inne ważne zadania: uzdrowić kalekę i wskrzesić Tabitę. Jeśli dwa wydarzenia, to kwatera fresku musi być większa od dwóch poprzednich. Przeszliśmy już na trzecią zamalowaną ścianę. Olbrzymie malowidło wybitnie podzielone na dwie sceny łączą przedziwnie i finezyjnie ubrani mężczyźni po samym środku. Wielkie cuda na pierwszym planie, ale na drugim zwyczajna codzienność, ale nie biblijna, być może florencka, na pewno miejska. W oknach wzruszające detale: koszyk, ubrania, pościel, klatka na ptaki a nawet uwiązana małpka.

Gdy wzrok wraca na pierwszy plan, czuję się zaskoczona zaglądaniem do domu Tabity. Przedziwne miejsce, takie z innej opowieści. 

Kolejną sceną jest właśnie kuszenie, więc wracam na przeciwną ścianę i wiodę wzrokiem po dolnym pasie.

Zaczyna się sceną legendą "Odwiedzinami św Pawła u św. Piotra w więzieniu". Zaraz obok namalowano z wielkim rozmachem symultanicznie rozgrywające się wydarzenia: Wskrzeszenie syna namiestnika z Antiochii oraz św. Piotra nauczającego z katedry. Święty tak się zasłużył cudem uczynionym synowi Teofila, że mieszkańcy postanowili zbudować katedrę, czyli tron, z którego miał nauczać Piotr. Czy coś Wam przypomina ten układ? Mnie się od razu skojarzył z dotykanym przez miliony pielgrzymów i turystów brązowym posągiem pierwszego papieża w Bazylice Watykańskiej. Ponoć nawet na tym fresku Masaccio namalował siebie dotykającego św. Piotra, ale Lippi uznał to za niestosowne i przemalował układ ramienia.

Przechodzimy do dwóch mniejszych scen "Uzdrawiania cieniem" oraz " Rozdawania jałmużny". W pierwszej pojawiają się niezwykle realistycznie przedstawieni kalecy żebracy. Mam wrażenie, że idę florencką ulicą i napotykam tę scenę. To odczucie potęgują domy stojące przy ulicy, na pierwszym z nich charakterystyczne dla palazzi florenckich boniowanie a dalej pewien element architektury, o którym napiszę niebawem w odrębnym wpisie. Masaccio nie tylko obłaskawił umiejętność zindywidualizowanego portretowania, ale jakoby klatka po klatce, niczym w filmie, pokazał przebieg cudu. Pierwszy kaleki, na którego padł uzdrawiający cień stoi już z dziękczynnie złożonymi dłońmi, drugi podnosi się a trzeci to nawet chyba nie wie, co go za chwilę spotka.

 

Po prawej stronie ołtarza także florencka ulica, na której święci Piotr i Jan rozdają jałmużnę. Tak bardzo znałam już dużo wcześniej matkę trzymającą dziecko na ręku, że wobec fresku stanęłam i zapomniałam skąd ją znam. Męczę się od tego czasu i ani w ząb nie mogę sobie przypomnieć. 

I oto czwarta duża kwatera po lewej "Ukrzyżowanie św. Piotra" a po prawej "Dysputa świętego z Szymonem" albo według innego przewodnika "Skazanie na śmierć przez cesarza Nerona". Zaskakująca ta rozbieżność w tytułach, w większości źródeł jednak przeważa dyskusja, a że przed Neronem...  Fascynująca jest nie tylko obecność dwóch odległych od siebie wydarzeń w jednym malowidle, ale nawet obecność ubiorów z różnych epok. Święty ewidentnie przywdział szaty starożytne, ale dużo postaci jest w ubiorach renesansowych. I tym razem, tak jak w scenie powyżej jest coś, co zadziwiająco łączy te sceny ze sobą. Tam dwóch mężczyzn spacerujących po placu a tu w centrum kompozycji jest brama z sielskim toskańskim krajobrazem. 

 

Ostatnim freskiem mieszczącym się w łuku wejściowym do kaplicy jest "Uwolnienie świętego Piotra z więzienia". Anioł wyprowadzający więźnia wpatruje się w niego bardzo uważnie.  Piotr w tej sytuacji zdaje się mieć więcej do powiedzenia. 

Po wielkiej uczcie trzeba odpocząć. Usiadłam na ławeczce przed kaplicą i patrzyłam sobie na nią z rozrzewnieniem. Spokojnie bez pospiechu cuda na wyciągnięcie ręki. No i w tym wszystkim zapomniałabym umieścić niefortunnego obrazu w samym ołtarzu kaplicowym. Niefortunnego, bo nie daje rady konkurować ze ścianami pokrytymi freskami. Przyglądałam się zwiedzającym, niektórzy profesjonalnie nawet w lornetki się zaopatrzyli, ale może one zbyt mocno powiększały i ten świetny obraz nie miał szans na ich spojrzenie. Nikt też nie zadzierał głowy do góry, by zobaczyć misterny iluzjonizm wyłaniający się z sufitu.

 

Starłam się jak mogłam zdążyć do tej niedzieli z całą wyprawą, ale nie udało się. Na parę dni musi wystarczyć tylko to. 

c.d.n.

środa, 10 marca 2010

WIOSNA W ODWROCIE

Próbowała, próbowała i zrezygnowała. Najpierw pojawił się mroźny wiatr. Nie odstraszył nas od niedzielnej wycieczki, o której następnym, mam nadzieję, razem. W poniedziałek do wiatru dołączyły chmury, więc odważnie wyruszyliśmy w góry odwiedzić Ryszarda w Treppio. Ja oczywiście skorzystałam też z sakramentu pokuty. Udało nam się na letnich oponach zajechać i wrócić szczęśliwe. Najbardziej niepokoiły mnie wiszące w tunelu wielkie sople,  gdyby zechciało im się spaść, to żadna opona by i tak nie poradziła.  A potem było już tylko coraz zimniej i śnieżniej. U nas w dolinie powyżej zera, więc wiatr i temperatura nie dały zalec zwałom śniegu. Ale w Treppio jak zaczęło wczoraj sypać, tak dzisiaj jest już 70 centymetrów śniegu! Auć!

Wczoraj w ramach przywoływania wiosny wybrałam się do fryzjerki. Aż się zdziwiłam, że wróciłam do domu bez kasku i tylko kilka nieznacznych gestów namoczoną ręką pomogło spokojnie spoglądać mi do lustra. Chyba wszystko, poza pogodą, zmówiło się na przywoływanie wiosny, lub chociażby odrobinę uśmiechu. Zupełnie niespodziewanie dla mnie pojawił się kurier z przesyłką z gadżetami-pamiątkami z okazji uzyskania nominacji w zapomnianym już przeze mnie konkursie na bloga roku 2009. Najbardziej ubawił mnie metalowy emaliowany kubek - wspomnienie z dawnych lat. Targało się takie na piesze pielgrzymki  do Częstochowy.

Wysłałam do Polski zamówione jajka oraz świecę niespodziankę dla kogoś, kto mam nadzieję absolutnie jej się nie spodziewa. Nawet nie wiem, czy czyta tego bloga. Wątpię. 

A potem jeszcze dostałam następne wielkanocne zamówienie, więc śpieszę z robótką, żeby pogodzić ją z wcześniejszymi planami na marzec. Przyznam, że bardzo ucieszyło mnie takie zamówienie od kogoś, kogo zupełnie nie znam. Wiadomo, że same komplementy bardzo podbudowują artystę, ale co tu  kryć, zakup także :)

Jeśli już mowa o zakupach, to dzisiaj pokonałam w końcu bez przeszkód następną nowinkę w markecie. O czytniku salvatempo  już tutaj pisałam, teraz do tego doszła zupełnie samodzielna obsługa, więc zakupów dokonałam, bez spotkania twarzą w twarz z kasjerką. Ciekawe, czy to doprowadzi do powstania sklepów bez zupełnie ludzkiej obsługi?

Czas ucieka, znowu więc traktuję bloga po sierocemu i pędzę wraz z wiatrem do pracowni, jeśli jeszcze nie oderwał jej od reszty budynku.

poniedziałek, 8 marca 2010

ŻEBY NIE BYŁO, ŻE SIĘ LENIĘ

Musiałam w te pędy uwinąć się z zamówieniem do Polski, żeby zdążyło dojść przed Wielkanocą. Teraz wszystko w rękach poczty, i włoskiej i polskiej, a to jedna wielka niewiadoma.

To wszystko kopie już wcześniej wykonanych przeze mnie prac, takie miałam konkretne zamówienie :)

piątek, 5 marca 2010

AROMATYCZNE DOBREGO ZAKOŃCZENIE

Muszę zdążyć zapisać dokończenie ostatniej wyprawy, bo się niedziele na siebie nałożą i już się z żadnej chronologii nie wywinę. 

Pisaliście w komentarzach o smrodzie siarkowych źródeł. Otóż te w Bagni di Petriolo były zupełnie znośne i to do tego stopnia, że po wysuszeniu ponoć nie zalatywało ode mnie zbukami. Tak twierdził Krzysztof, który jako i ja miał ochotę przedłużyć czas poza domem. Rozejrzeliśmy się po mapie, żadnego przewodnika nie wzięliśmy i wybór nasz padł na :

Chyba po raz pierwszy zajechaliśmy do niej zjazdem południowym więc mogłam zachwycić się sielską okolicą niemal do samej bramy (Porta Tufi) towarzyszącą przyjezdnym. 

 

Parking o nazwie "Il Campo" od razu wskazał kierunek spaceru. Właściwie nie trzeba mnie już przekonywać do sieneńskich uliczek. Oczywiście do spaceru nimi. Bo z zamieszkaniem tam miałabym chyba nadal klaustrofobiczno-socjalny problem. Ale tak na niedzielne popołudnie? Ależ owszem, ależ tak :)

Jak olbrzymi drogowskaz prowadziła nad Torre del Mangia.

Pomyślałby człowiek, że o tej porze roku na placu nikt nie siedzi. I pomyliłby się niecnota! Otóż nie tylko zmęczeni turyści upodobali sobie muszlę Il Campo.  To po prostu idealny amfiteatr, w którym spektakl rozgrywa się całymi dniami  nocami. Jakoś nie chciało mi się przysiąść, dość się wysiedziałam w gorących źródłach, teraz chwyciłam za aparat i myszkowałam po detalach. Krzysztof w tym czasie zaczął się snuć za aromatem kawy. 

Zaczęłam od marmurowego tabernakulum zwanego  Capella di Piazza (czyli placową kaplicą). Ta niezwykła budowla spoczywa u stóp wieży i rozpoczęto stawiać ją w 1352 roku ku czci Maryi Dziewicy jako wotum za ocalenie przed zarazą z 1348 roku. Oczywiście nie wszystkie elementy konstrukcji powstały w tym czasie. Prosty dach zastąpiło sklepienie już o renesansowym charakterze, wybudowane wiek później.
Jak magnes przyciągały mnie do kaplicy jej gotyckie dekoracje rzeźbiarskie: rwące się do lotu maski ludzkie i zwierzęce, postacie wtopione w gąszcz akantu zdobiącego kapitele, czy, niegdyś z pewnym powodzeniem przeze mnie uprawiane, Arytmetyka i Geometria, teraz i u mnie skamieniałe jako i te na przednich płaszczyznach kaplicy.

Równie interesujące były te mało posągowe, ale jakże sympatyczne sylwetki sieneńskich obywateli, którzy przysiedli tu w trakcie obowiązkowej passeggiaty. Moim ulubieńcem z miejsca stał się pan w białym płaszczu i obłędnych pastelowo-niebieskich skarpetkach. 

 

Młodsi, jeśli nie na samym placu, to zasiadali na balkonach.

I tak zupełnie bez określonego porządku rozglądałam się po Il Campo. W końcu bez problemu można było podejść i obfotografować szczegół po szczególe Fonte Gaia. Wodę do tej niezwykłej fontanny sprowadzono z odległych od Sieny o 20 km wzgórz, prace przy tym przedsięwzięciu trwały ponoć osiem lat! Pierwsze  zdobienia nie zachowały się do dziś, w 1419 roku zastąpiło je dzieło Jacopo della Quercia. Jak wiele tak cennych rzeźb, tak i te oryginalne przechowywane są w Muzeum Ospedale Santa Maria della Scala. Co oczywiście nie zabiera uroku pozostawionym na placu kopiom. Nie będę się rozpisywać nad programem ikonograficznym Fontanny, bo i nie robiłam tego na miejscu, delektując się tak swobodnym do niej dostępem.

W końcu wrócił z baru mój chlebodawca i razem zajrzeliśmy na dziedziniec Palazzo Publico. Nawet tutaj wieża dumnie wyznaczała patrzącym kierunek.


A potem śladami aromatu kawy Krzysztof zaciągnął mnie na kawę do baru. Tak, tak! Właściwie to nie musiał mnie zaciągać, bo już od kilu dni w końcu uległam i dałam się skusić wspaniale pachnącemu napojowi, okazało się też że i wspaniale smakującemu. Nie piszę tu o cappuccino czasami dotąd pijanemu, ale o espresso, bywa, że z lekka przybrudzonym mlekiem. Dzięki opilstwu kawowemu Krzysztofa mogę z czystym sumieniem polecić Bar Palio, w którym pyszna kawa była o 40 centów tańsza od trunku w barze obok. Oczywiście na stojąco, przy ladzie. 

I to nie koniec aromatycznego spaceru. Ruszyliśmy uliczkami Sieny, a a nie tłumnie wyszli z domów pachnący dobrymi kosmetykami Włosi. Należałam do zupełnej mniejszości lawirując w tłumie z aparatem fotograficznym.

 

 

Na kogo więc liczyła skrzypaczka czy złoty mim-filmowiec? 

 

 

Pozaglądaliśmy do niepozornych i z większym rozmachem zbudowanych świątyń. Tym razem zupełnie ominąwszy katedrę i Kościół San Domenico. Zaczęliśmy od niewielkiego kościołka, do którego przyciągnął nas patron świątyni - św. Krzysztof. Jest to jedna z najstarszych świątyń w Sienie, ale po silnym trzęsieniu ziemi nieszczęśliwie zyskał neoklasyczny wystrój fasady i unowocześnienia wewnątrz. I tu nawet kilka perełek  zatrzymało oko:

    

Naprzeciw kościoła stoi oryginalny, wbrew przeciwnościom losu i katastrofom żywiołowym, Palazzo Tolomei z 1270 roku. Ach! Te okna!

 

Chwilę zadumałam się przed najstarszym bodajże bankiem na świecie - Monte dei Paschi di Siena, założonym w 1472 i funkcjonującym nieprzerwanie po dziś dzień. Nie piszę o efektownym z gotykizującą fasadą budynku mieszczącym się na Piazza Salimbeni, ale o instytucji zajmującej się tak długo finansami. Co za ciągłość dziejowa! 

  

A potem wróciliśmy do uliczki wiodącej ku kościołowi San Franceso. A że nie idzie tak spokojnie przejść? No przecież trzeba zajrzeć to tu, to tam.

Na piękną klatkę schodową. 

Do kościoła Św. Elżbiety kryjącego zwłoki błogosławionej Saviny Petrilli.

 
W końcu niespodziewanie za łukiem łączącym budynki otwiera się duży plac z bardzo dużym kościołem.

 

Fasada neogotycka kryje dosyć pustą i ponurą przestrzeń.

 

Dopiero po powrocie do domu zrozumiałam skąd taki a nie inny wystrój, a raczej jego brak. Otóż wyczytałam, że w XVII wieku pożar strawił niemal doszczętnie wnętrze tej XV wiecznej świątyni, a jej nieliczne zachowane skarby przeniesiono do Pinakoteki Sieneńskiej zostawiając na pocieszenie dwa freski Lorenzettiego. Trudno jednak wyłowić je z mroków bocznych kaplic. 

A jeśli już o mrokach mowa, tonie mogło zabraknąć spojrzenia na lampy. Oto następne do mojej kolekcji:

Zupełnie zapomniałabym o zwierzu sieneńskim przypominającym o założycielach miasta - Rzymianach.

Siena tego dnia to jeszcze jeden, trudno uchwytny zapach wiosny. Mimo wielkich oporów aury i flora i ludzie starają się przywołać tę cudowną porę roku. Cudem ocalała przed mrozami mimoza cieszyła słodkim miodowym zapachem, stokrotka tylko cieszyła oko. Bratki nic sobie nie robiły z braku słońca, własny żółty strój im wystarczył. Sztuczne tulipany zdały się być krzykiem rozpaczy. Sama nie wiem, jak określić czyn panów jedzących lody (niestety zdjęcie nie należy do najostrzejszych) - bohaterstwo? Wystawy sklepowe kusiły wiosnę swoim wystrojem. Kiedyż, ach kiedyż?

Jeszcze trzeba poczekać pocieszając się ciepłymi wieczornymi barwami Il Campo.

środa, 3 marca 2010

ŚMIERDZĄCE DOBREGO POCZĄTKI

Wdepnęłam w przerwie między jajkami dekupaż, które muszę jak najszybciej wysłać do Polski, by zdążyły dojść przed Wielkanocą a paschałem, który reż musi zdążyć dojechać do Sinalungi, do polskich franciszkanów.

Teraz znowu mieszam, bo wracam do niedzieli, o której jeszcze nie pisałam. Otóż marzyło mi się już od zeszłego roku zażyć kąpieli w ciepłych wodach. Po problemach z kręgosłupem i wspaniałej poradzie jednej z moich czytelniczek odkryłam błogosławieństwo gorących kąpieli. A że ta część mojego kośćca była wykończona, to nie muszę pisać. No i w końcu zebrało się w jednym dniu kilka sprzyjających czynników, typu pogoda, wolny czas itp., by pojechać. Ale dokąd? Termalnych źródeł w Toskanii jest pokaźna liczba. Nas interesowały te na otwartym powietrzu oraz z nieograniczonym dostępem. Najbardziej znane w Saturnii są ciut za daleko, jak na popołudniową wycieczkę. Ze strony internetowej o ogólnodostępnych termach w Italii wybraliśmy Bagni di Petriolo. Pierwsze wzmianki o tym ujęciu pochodzą z 1230 roku. W 1404 przeprowadzono fortyfikację term, ale nie wiem dlaczego. Resztki murów zachowały się do dzisiaj. Miejsce to zaszczycali swoją obecnością Medyceusze i Gonzagowie, kardynałowie, książęta. Najsłynniejszym chyba kuracjuszem był papież Pius II, ten który zlecił powstanie renesansowej Pienzy. Obecnie towarzystwo korzystające z dóbr Bagni di Petriolo wydaje się być o wiele mniej szlachetne, a na pewno mniej szlacheckie. Okazałą grupę zażywających kąpieli stanowili Pankabbestia (młodzi ludzie bez stałego miejsca zamieszkania) oraz rodziny muzułmańskie. Paru śmiałków rozbijało w pobliżu obozowisko. 
Wody ujęcia mają temperaturę bliską 45 stopni Celsjusza, co pozwala na korzystanie ze źródeł właściwie przez cały rok. Już z daleka czuć, co stanowi ich składnik. Zapach siarki wiedzie bezbłędnie ku celowi. 
Łatwo do nich dotrzeć, gdyż leżą nieopodal drogi ze Sieny na Grosseto. Korzystając ze źródeł można podziwiać ludzką myśl techniczną w postaci olbrzymiego wiaduktu, którym wiedzie ta trasa. Ja już nic innego nie mogłam podziwiać, bo bezmyślnie najpierw weszłam do źródeł a potem z  mokrą głową już nie chciałam chodzić po okolicy. Ale nadrobię to następnym razem. Zdjęcia więc robił Krzysztof, który nie wziął ze sobą odpowiedniego "sprzętu", mnie coś tknęło i załadowałam na siebie strój kąpielowy.


Zapach siarki nie jest mocno dokuczliwy, więc można dość długo wygrzewać obolałe ciało. Przy samym ujęciu nie idzie zbyt długo wytrzymać, wszyscy po chwili wyglądają jak prosiaczki. Za to woda u stóp jest już okrutnie lodowata. Spodobała mi się ta forma rekreacji. Mojemu kręgosłupowi także. Zresztą po zażytej kiedyś kąpieli w saunie a potem w przerębli, w Finlandii, żadne takie niezwyczajne moczenia ciała nie są mi niestraszne. Potem wsiedliśmy do samochodu, którego nawiew posłużył mi za suszarkę do włosów. Dzięki temu mogliśmy przedłużyć wycieczkę o jeszcze jeden niespodziewany punkt programu, ale o tym w następnym wpisie. Ja wracam, do prac wszelakich.

poniedziałek, 1 marca 2010

MIESZACZ CZASU

To ja, we własnej osobie. Nie dość, że ostatnią notką już zdołałam niektórych wprowadzić w błąd, że wpis dotyczył niedzieli, a chodziło o sobotę, to teraz jeszcze bardziej namieszam. Napiszę najpierw o dzisiejszym dniu a dopiero potem zabiorę się za wielowarstwowy wpis o niedzieli.

Dzisiaj rankiem wysłałam pliki z II książką (tekst i rysunki), potem miałam się wziąć za transparent informujący o rekolekcjach wielkopostnych, ale niespodziewanie musieliśmy zaopiekować się nietypowym gościem. Po ulicy biegał bezpański cudny piesiu, machał radośnie do obszczekujących go psów sąsiada. Zwabiliśmy biedulę do ogrodu, a Krzysztof zadzwonił na policję municypalną, z pytaniem, co ma zrobić. Zwierzak wyglądał na zadbanego, więc chyba wymsknął się z domu i zabłądził. Niestety u nas nie mógł zamieszkać, ze względu na mało towarzyskiego wobec swoich pobratymców Bogusia. Policja przysłała człowieka ze schroniska. Podobało mi się, że ów pan z czułością zajął się czarnym pieszczochem. A że pieszczoch, to można przekonać się ze zdjęć. Podczas oczekiwania na pracownika z canile czarna słodycz owinęła sobie proboszcza wokół palca, a raczej łapy. A na psie ciasteczko nie rzucał się jak nasze dwa smoki, tylko czym prędzej postanowił je zakopać. Żal się było ze ślicznotą rozstać. Tak grzecznie szedł do samochodu.