poniedziałek, 17 września 2007

TAKI SOBIE ZWYKŁY DZIEŃ

Trochę formalności zakupów. Ciąg dalszy smakowania waleriany, ale już w domu. Ciekawe, że mnie to nie uspokoiło na tyle, by nie wpaść dzisiaj w lekkie niepokoje i irytacje.
Po pierwsze nie mogłam znaleźć w kartonach mojego segregatora z ogromem powycinanych motywów do decoupage. Niektóre z nich były wycinane podczas mojej kolanowej choroby, żal i papierów i czasu, który trzeba spędzić na ich wycinaniu. Przejrzałam wszystkie kartony i nic! Dopiero mnie natchnęło, że w jednym uznałam wczoraj, iż widzę cały pakunek, a okazało się że to była połowa pudła. Uff!
Druga rzecz, która mnie podirytowała to niesamowita ilość samochodów, które puszczono tędy objazdem. Toć to było głośniej, niż w Czerwonaku, bo akurat pod domem musiały zatrzymywac się auta, by sie przepuścić nawzajem, więc dodatkowo jeszcze smród spalin. Uch!!  Trzeba koniecznie to wyjaśnić, że ulica podchodzi pod sam dom, bo w niemal całym paese nie ma chodników. Na szczęście już się skończyło.
Aj!!!!!! Zapomniałabym wspomnieć, że dostałam od Giulietty książkę o włoskim gotowaniu light. Skąd ona wiedziała, że przytyłam parę kilogramów? No i wypożyczyła mi elementarz. Hi hi hi! Jakoś tak mnie zakwalifikowała z umiejętnością włoskiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza